Posts Tagged ‘Dziennik.pl’

„Miej świadomość, możesz robić co chcesz(Kazik Staszewski) – jeśli ten cytat zniknie w ciągu kilku godzin to znaczy, że Kazik nasłał na mnie swoich prawników;)

Wciskanie ludziom wolności na siłę najczęściej kończy się reakcją wymiotną. Podobnie uszczęśliwianie ich na siłę lub umoralnianie na siłę. Nie inaczej wygląda sprawa z uzdrawianiem na siłę. W takich sytuacjach pojawia się zawsze ten kłopotliwy, acz wyraźny problem moralny. Ktoś chce dla nas dobrze, my sami natomiast, uważamy że powinien się raczej odpieprzyć i dać nam święty spokój. I chociaż bywają to sytuacje nieprzyjemne, większość z nas ma na tyle odwagi, by delikatnie danego delikwenta upomnieć i poprosić go o zluzowanie w temacie.

Gorzej kiedy narzucać wolność, uszczęśliwiać i uzdrawiać nas na siłę, pragnie Państwo. Państwo, czyli jakiś bliżej niesprecyzowany organ, składający się z setek tysięcy urzędników, polityków i  decydentów. Sytuacja staje się dla nas groźna. O ile bowiem możemy koledze, którego znamy z twarzy, nazwiska i poglądów, powiedzieć żeby się odpieprzył ze swoją niechcianą pomocą, o tyle w przypadku Państwa sprawa nie jest tak prosta. Bo komu, gdzie i w którym momencie pokazać swoje niezadowolenie? Nad naszym Państwem są zresztą struktury daleko bardziej niejasne i niesprecyzowane dla zwykłego człowieka, jak np. Unia Europejska. Zostajemy więc sami z naszym problemem i z czasem większość z nas przyjmuje postawę bierną, to znaczy przyjmujemy za oczywisty fakt, że w starciu z „systemem” nie mamy nic do powiedzenia.

Ostatnie ruchy władz naszego kraju w kwestii podpisania ACTA, wzbudziły sporo kontrowersji. Jeśli nie dlatego, że sam dokument jest mocno kontrowersyjny, to przynajmniej dlatego, że wyszedł na jaw brak – elementarnej wydawałoby się w systemie demokratycznym – konsultacji społecznej. A jeśli konsultacja to za dużo, już samo wyczucie i znajomość tematu byłyby mile widziane. Niestety.

ACTA to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Dziś dowiaduję się z Dziennika, że będę mógł kupić, wzorem niektórych krajów skandynawskich, alkohol tylko przez osiem godzin dziennie. Mało tego. Tylko w prowadzonych przez Państwo specjalnych „punktach”. Mało tego. Zalecenie płynące z UE zawiera również sugestię, by punkty te znajdowały się na obrzeżach miast. Czyli, w przypadku Warszawy w której mieszkam, pewnie na jakimś totalnym, nieosiągalnym zadupiu. Jak podaje Dziennik, dokument już został zaakceptowany przez wszystkie Państwa członkowskie. Póki co, nie ma mocy, która obligowałaby poszczególne państwa do bezwzględnego wprowadzania jego zapisów. Już wkrótce może to jednak ulec zmianie. A to dlatego, że Komisja Europejska ma wkrótce sformułować nową, w założeniach obligatoryjną, strategię rozwiązywania problemów alkoholowych. Brzmi groźnie.

Co na to państwo Polskie?

– Konsultowaliśmy ten dokument i nie zgłaszaliśmy do niego żadnych uwag. Tym samym uznaliśmy, że wszelkie strategie i działania zmierzające do ograniczenia szkód związanych ze spożyciem alkoholu powinny być rekomendowane do wprowadzenia w państwach europejskich – informuje nas beztrosko rzecznik resortu zdrowia, Agnieszka Gołąbek (za Dziennik.pl)

Ciekawe. Szczególnie podoba mi się fragment dotyczący rekomendacji, a w podtekście – usprawiedliwienia, „wszelkich strategii i działań”, które w założeniu prowadzić mają do zmniejszenia problemów społecznych związanych z pijaństwem. Pani rzecznik i jej mocodawcy w sposób oczywisty uzdrawiają nas na siłę. Nie ma znaczenia czy pijesz wino do obiadu, pijesz okazjonalnie na uroczystościach, czy uchlewasz się codziennie do nieprzytomności. Po co komuś ta, kłopotliwa z perspektywy podejmowania decyzji ogólnych, wiedza. Od tej pory będziesz się musiał się ograniczyć bo ktoś tak zadecydował.

Alkohol w Polsce jest istną plagą, co do tego nie ma dwóch zdań. Zbrodnie popełnione pod jego wpływem stanowią, jak mniemam (bo „twardymi” danymi nie dysponuję), duży procent zbrodni popełnionych w ogóle. Jednak wprowadzenie tak dalece posuniętych rozwiązań jest absurdalne i jest próbą zagarnięcia kolejnego skrawka wolnej przestrzeni publicznej, której i tak jako obywatele, mamy coraz mniej.

Nikt z nas, jak podejrzewam, nie kibicuje pijaństwu i agresji, która jest nim powodowana. Pewnie zgadzamy się co do tego, że osobników stale nadużywających i popełniających rozboje „pod wpływem”, powinno się surowo karać lub – w skrajnych przypadkach – izolować. Problem jest realny, w Polsce widzimy go na każdym kroku. Swego czasu, na warszawskich ulicach pojawiły się malowane białą farbą na ścianach, dramatyczne apele dotyczące alkoholizmu Polaków, które z wypiekami na twarzy obserwowałem w różnych częściach miasta. Wyglądały np. tak:

I chociaż były to dramatyczne działania jakiejś mocno zdeterminowanej duszyczki, to i tak niosły za sobą większy ładunek realnej troski o kondycję narodu niż biurokratyczne sztuczki, które serwuje nam Pani Agnieszka i jej mocodawcy.

To prawda, jesteśmy krajem pijaków, a z alkoholem problem ma lub miał niejeden z nas. Nic jednak nie zastąpi edukacji, zmiany przyzwyczajeń która zaczyna się w domu, w szkole, na podwórku. Zamordyzm rzadko jest najlepszym sposobem na osiągnięcie celu. A na osiągnięcie celu poprawy jakości życia społecznego – prawie nigdy. Jeśli chodzi o stymulowane, sztuczne ograniczenie spożycia alkoholu to kraje skandynawskie, których doświadczenia służą za punkt wyjścia autorom projektu, są tu przykładem mocno kontrowersyjnym. Szwecja z systemem Systembolaget ma na koncie afery korupcyjne (związane z rozwojem szarej strefy) jak i nielegalne szmuglowanie alkoholu np. z Niemiec i Estonii. Nie mówiąc już o tym, że do dzisiaj nie udało się jednoznacznie potwierdzić, czy wprowadzone restrykcje sprzedażowe, rzeczywiście pozytywnie wpłynęły na stan trzeźwości społecznej naszych wikińskich kolegów i koleżanek. Organizacje rządowe przywołują statystyki obwieszczające sukces, niezależne organizacje społeczne wręcz przeciwnie – wskazują na rozwój zachowań sprzyjających pijaństwu. Restrykcje miały jednak na pewno pozytywny wpływ na status kabzy szwedzkiego aparatu państwowego, co do tego nie ma wątpliwości. Pij zatem do woli, ale płać państwu.

Nie uważam, żeby problem sprzedaży alkoholu był w tej chwili jakoś specjalnie najważniejszy i być może robienie zadymy wokół tak przyziemnego tematu jest nieco infantylne. Mimo wszystko, to kolejny już ruch naszego państwa, który wprawia mnie w zakłopotanie. Bo nie wiem komu powiedzieć żeby się ode mnie odpieprzył ze swoją pomocą.

A koniec końców, pijak niech się uchlewa jak lubi – dopóki nie robi tym nikomu krzywdy. A jak robi krzywdę, to jest to temat dla policjanta, a nie urzędnika. Bo po pijaku przyjdzie czas na tego, który lubi się brandzlować w zaciszu domowym, tego który jest hazardzistą, tego który pali (na tych już pojawił się bat). Nie mylmy kreatywnego wspomagania pozytywnych zmian społecznych (to może być rola państwa) z obligatoryjnym do tych zmian przymuszaniem (co nie powinno być rolą nikogo, a tym bardziej aparatu państwowego).