„Believin’ all the lies that they’re tellin’ you
Buyin’ all the products that they’re sellin’ you
They say jump and you say how high
You’re brain-dead
You’ve gotta fuckin’ bullet in your head” (RATM, „Bullet in the Head”)

Mamy rok 2012, a w Polsce odżywa walka z „komuną”.  Na wiecach politycznych, stadionach Ekstraklasy, a nawet na manifestacjach poświęconych walce z ACTA, można usłyszeć hasła wygrzebane żywcem z czasów PRL. Na przykład takie: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Lub takie: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Walka trwa! Wszystko to okraszone jest komentarzami, mniej lub bardziej elokwentnych, ulicznych mądrali, snujących opowieści dotyczące utraty suwerenności państwa Polskiego.

Retoryka „komuny” to oczywiście w naszym kraju rzecz nie nowa i nie powinna wzbudzać większego zdziwienia. W takiej czy innej formie jest obecne w polskim życiu publicznym od lat, a nazwanie kogoś „komunistą” najczęściej bywa zdecydowanym wyrazem braku sympatii. Nic w tym dziwnego bo polska historia określa jasno, kto w czasach minionego ustroju był skurwysynem, a kto walczył o wolność. „Komuna” w wydaniu radzieckim (a więc i ta polska) była BE – co do tego nie ma chyba  żadnych wątpliwości.

Po 10 kwietnia pojęcie nabrało jednak nowych rumieńców i wróciło na salony w świetle jupiterów. I choć fakt ten nie wiąże się bezpośrednio z katastrofą Tu-154, to triumfalny powrót „komuny” jest efektem polaryzacji nastrojów społecznych, która nastąpiła po katastrofie. Jednoczenie, trochę mimochodem i po cichu, nastąpiła społeczna zmiana konotacji tego pojęcia. Przedstawicielem „komuny” staje się dziś np. każdy kto:

1.    nie chciał krzyża na Krakowskim
2.    uważa, że katastrofa Tupolewa to nieszczęśliwy wypadek, a nie spisek
3.    czyta media, których czytać nie wolno, szczególnie GW
4.    ogląda dzieło Szatana, czyli TVN.
5.    ma lewicowe (nie, to nie to samo co komunistyczne) lub liberalne poglądy

Co to ma wszystko wspólnego  z tradycyjnym pojęciem „komuny” jako aparatu represji, zbrodniczego sytemu, którego ideolodzy odpowiadają za śmierć i cierpienie milionów ludzi? –  to ciężko sobie na zdrowy rozum wytłumaczyć.

Za brutalizację języka debaty publicznej odpowiadają oczywiście żenujące intelektualnie środowiska polskiej polityki i mediów. Nie ma wytłumaczenia dla tych ignorantów i populistów. Jest kompletnie nieważne, którą opcję polityczną reprezentują bo tak naprawdę są przedstawicielami tej samej opcji. Opcji Nienawiści. Opcji Wirtualnych Problemów. Robi mi się niedobrze jak oglądam tych baranów. Ale jeszcze gorzej znoszę oglądanie ludzi ślepo podążających za „mądrościami” polityków. Ludzi mieszających pojęcia, zdarzenia historyczne, naciągających fakty byle tylko korespondowały z wyznawaną przez danego delikwenta opcją „prawdy”.

I słyszę wciąż, że w wolnej Polsce mamy „komunę”, drugi stan wojenny, że władza tłamsi wolne media, że wolność słowa jest zagrożona, że Polska to rosyjsko-niemieckie kondominium . Kto napędza te bzdury, te kompletnie oderwane od rzeczywistości brednie?

Kilka prostych faktów, tak dla jasności:

Wolność słowa:

Dzisiaj: W Polsce panuje wolność słowa. Dowodem na to, jest fakt, że każdy może wygadywać bzdury podobne do tych, które opisałem powyżej. Można być za swoje poglądy pozwanym, czasem osądzonym i ukaranym, ale nie idzie się za nie do więzienia z powodów „ideologicznych”, bez procesu, świadków, kolejnych instancji, itd.

Za „komuny”: W Polsce można było trafić do więzienia, np. za kolportowanie tzw. „bibuły”, czyli wolnego słowa właśnie. Wiem, bo mama chowała bibułę w moim wózku niemowlęcym. Niepotrzebny był prawomocny wyrok sądu, a nawet jeśli się pojawiał, to w świetle faktu, że nie istniało coś takiego jak niezawisłe sądy – pełnił funkcję legitymizującą decyzje czysto polityczne.

Wolne media:

Dzisiaj: W Polsce medialnie reprezentowane są niemal wszystkie opcje poglądowe. Od radykalnej lewicy, po radykalną prawicę. Mamy media katolickie, antyklerykalne, anarchistyczne, obywatelskie, narodowe, i tak dalej, i tak dalej. Nikt ich nie zamyka, dopóki nie propagują wprost i literalnie ideologii uznanych w Polsce za zbrodnicze (nomen omen, również komunizmu!). Jeśli nie odpowiadają Ci istniejące media, możesz założyć własne i pisać co Ci ślina na język przyniesie. Czasem media komercyjne padają, ale dzieje się tak nie za sprawą spisków, a np. dlatego że prezentują tak niszowe poglądy, iż mało kto je kupuje. Cóż, jeśli nie jesteś w stanie przekonać dużej grupy ludzi do swoich idei, pozostaje Ci internet/blog – to też jakieś wyjście. Smutnym, ale jednak dowodem wolności słowa jest żenująco niski poziom większości mediów mainstreamowych. No, ale na tym również polega demokracja – głupi mogą mówić głośno.

Za „komuny”: W Polsce Ludowej reprezentowana była tylko jedna opcja poglądowa. Nie było w oficjalnym obiegu pism prawicowych, narodowych, anarchistycznych, czy też ogólnie – niezgodnych z panującą doktryną. Istniały wydawnictwa podziemne, tzw. „drugi obieg” – nie były one jednak legalnie działającymi mediami. Mała różnica w porównaniu z dniem dzisiejszym, prawda?

Polska suwerenność utracona/sprzedana:

Za „komuny”: Polska była w pełni zależna od Związku Radzieckiego. Nawet w okresach tzw. „odwilży” politycznej. Nic dodać, nic ująć.

Dzisiaj: Polska jest niezależnym Państwem, które znajduje się w strukturach Unii Europejskiej. Obecność w tych strukturach oceniana jest różnie, do czego każdy ma prawo. Obecność ta wiąże się rzeczywiście z niepełnym realizowaniem naszych interesów politycznych i gospodarczych. Nasze interesy i potrzeby państwowe ścierają się z interesami i potrzebami innych krajów, często silniejszych gospodarczo od Polski. To owocuje przykrymi sytuacjami, w których Polska musi często podporządkować się w sprawach kluczowej wagi. Póki jesteśmy w strukturach UE takie sytuacje będą się przytrafiać (nie tylko nam). Dla przypomnienia, jesteśmy w tych strukturach z mocy wyboru społecznego w referendum akcesyjnym – nie przez „komunę”. Niemcy i Rosjanie dbają o swoje interesy, co czasem oznacza że dostajemy kopa w dupę – ale dostajemy tego kopa jako suwerenne Państwo, a nie satelita Moskwy czy Berlina.

Część osób być może przeżywa w tej chwili jakiś szok intelektualny. A to przecież wszystko takie proste jest – „Komuna” jest tylko w Twojej głowie.

Łatwiej jest krzyknąć „komuna” lub nazwać kogoś lewakiem, tylko dlatego, że nie dzieli naszych poglądów, niż zaproponować jakąś spójną wizję rzeczywistości. Tak samo jak łatwo jest nazwać każdego, nawet najbardziej umiarkowanego człowieka prawicy, faszystą lub nacjonalistą. Policjanta „esesmanem”, kibica „kibolem”, a geja „pedałem”. Co przynosi taka wizja relacji społecznych? Konflikt. Polska jest w tej chwili w momencie, w którym konflikt jest najprostszą i najbardziej medialną formą wypowiedzi społecznej. Co więcej, retoryka konfliktowa czasami bywa potrzebna w procesie rozwoju społecznego. Tak samo jak obywatelskie nieposłuszeństwo wobec prawa, które nie nadąża za potrzebami obywateli.  Niemniej, wieczny konflikt bez nastawienia na jakikolwiek dialog jest siłą czysto destrukcyjną.

Umoczeni są politycy, „eksperci”, ale i dziennikarze. Każdej zasranej opcji, która w założeniu zwalcza inne opcje bez żadnej refleksji. Na końcu zaś, umoczeni jesteśmy MY wszyscy. My wszyscy, którzy dajemy tym idiotom kredyt zaufania, my wszyscy, którzy przenosimy ich małe, żałosne konflikty na nasze relacje z innymi ludźmi. My wszyscy, którzy zamiast myśleć za siebie, pozwalamy się kierować poszczególnym opcjom politycznym i ideologiom. Zatem, tak naprawdę, to my powinniśmy się wstydzić, nie oni. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla naszej, społecznej drętwoty intelektualnej, dla naszego lenistwa umysłowego.

Po którejkolwiek stronie stoisz, jeśli pozwalasz innym mówić Ci jak wygląda świat – to przegrałeś. Czytaj tylko jeden rodzaj gazet, słuchaj tylko proroków jednej opcji i jesteś pozamiatany.

Reklamy