Archive for the ‘Wolność słowa’ Category

„Zawsze mamy dwie amerykańskie flagi, jedną dla bogatych, a drugą dla biednych. Kiedy na maszcie jest ta pierwsza, wtedy mówimy, że sprawy są pod kontrolą. Kiedy ktoś podnosi tę drugą, wtedy słyszymy o niebezpieczeństwie, rewolucji i anarchii” (Henry Miller, „Klimatyzowany koszmar”)

Na początku pomyślałem, jeszcze tego brakowało.

Russel Brand, słynny angielski komik i celebryta, broni biednych i demokracji. Mówi o rewolucji, ucisku społecznym i o tym, że rządy nie reprezentują swoich obywateli. Krytykuje demokrację. Farsa. Coś jednak sprawiło, że obejrzałem do końca wywiad, którego udzielił w BBC Jeremiemu Paxmanowi (link poniżej):

Być może ujęły mnie charyzma i pasja z jaką piętnował władzę, a może po prostu zadziałały jego ewidentne umiejętności krasomówcze. W ciągu dziesięciu minut, bo tyle trwał wywiad, usłyszałem niemal wszystkie najpoważniejsze zarzuty jakie sam jestem w stanie sformułować, również wobec polskiego rządu. Problemy, które środowiska wolnościowe omawiają od lat, na które wydawałoby się nie ma lekarstwa w świecie krwiożerczego kapitalizmu, zostały przez Branda przedstawione w sposób dosadny i nie obciążony, często pokrętną, argumentacją ruchów społecznych. I jeszcze facet miał czelność powiedzieć, że nigdy nie głosował w wyborach, bo wie dobrze, że wybory, w obecnej formie demokracji, nie mają żadnego znaczenia. Paxman próbował, ale nie dał rady zdyskredytować długowłosego gaduły: „Dlaczego nie głosujesz, wspierasz apatię społeczną? Dlaczego wypowiadasz się o polityce, skoro jesteś aktorem?”. Brand odpowiadał tak, jak odpowiedziałby prawdopodobnie każdy z nas. Nas, czyli słynnych 99%, którzy nie sprawują władzy i nie zarabiają milionów dolarów. Dokładnie takich samych odpowiedzi udzieliłbym również i ja: „Nie potrzebuję od Ciebie prawa do mówienia o polityce, sam je sobie daję. Apatia ma źródło w polityce, nie wśród zwykłych ludzi!” I nagle doszło do mnie, że nie trzeba być politologiem lub rzecznikiem ruchów wolnościowych, by móc zabrać zdecydowany głos w debacie o kondycji współczesnego świata. Nie musisz być anarchistą*, by zostać radykałem. Ta myśl dodała mi otuchy, ponieważ wieloletnia obserwacja polskich ruchów radykalnych z lewej i prawej strony, nie napawa nadzieją.

Wywiad Branda uświadomił mi jedną rzecz. Źle się dzieje na całym świecie. A może nie o świadomość tu chodzi, bo przecież interesuję się od lat kondycją demokracji w ujęciu globalnym. Może to po prostu ta mała iskierka, dziesięciominutowy moment porozumienia. Że facet, aktor z Anglii, mówi to samo, co ja widzę w Polsce i o czym czytam w książkach poświęconych Stanom Zjednoczonym (np. kapitalne Debt i Democracy Project Davida Graebera, traktujące o totalnym kryzysie demokracji w samym „centrum” demokratycznego świata). Czy naprawdę tak trudno jest sobie wyobrazić wspólny mianownik dla rozpędzania siłą pokojowego ruchu Occupy Wall Street, aresztowań polskich aktywistów walczących z bezdusznymi eksmisjami i, dajmy na to, umacniania więzi między korporacjami a polityką, dzięki działaniom lobbystów? Problem ruchów wolnościowych na całym świecie można sprowadzić do jednego – najczęściej zaczynają walkę o zmianę szczegółów, przy jednoczesnym pomijaniu, przemilczaniu spraw fundamentalnych. Ta metoda ma swoją długą i szlachetną tradycję. Jednak w dzisiejszej sytuacji politycznej i społecznej, zdaje się nie być najlepszym rozwiązaniem. Dlaczego? To bardzo proste. Jeśli walczysz o utrzymanie miejsc pracy w konkretnym ośrodku pracy, Twoimi sojusznikami są tylko i wyłącznie pracownicy tego ośrodka zagrożeni zwolnieniem. Jeśli walczysz z nieuczciwym właścicielem kamienicy, brutalnie próbującym wyrzucić staruszkę na bruk – Twoim sojusznikiem jest ta staruszka i kilku aktywistów, może jeden dziennikarz. Kiedy obrzucasz farbą Neo Bank (jak to zrobiła grupa anarchistyczna „15W08”), kilka osób się uśmiechnie z aprobatą, ale Twoi prawdziwi sojusznicy to jedynie radykalni anarchiści…

Ale co stanie się kiedy zadasz podstawowe pytania, które dręczą nas wszystkich? Weźmy pierwsze z brzegu pytania Russela Branda:

1. Czy czujesz, że władza reprezentuje Twoje interesy i potrzeby?

2. Czy czujesz, że Twój głos w wyborach zmienia cokolwiek?

3. Czy podoba Ci się, że polityka dzisiaj jest zależna od elit finansowych?

4. Czy, mając podstawową wiedzę na temat tego, czym jest demokracja, czujesz, że żyjesz w ustroju realnie demokratycznym?

I wreszcie pytanie podstawowe:
5. Czy świat zmierza w dobrym kierunku?

Podejrzewam że, jeśli nie jesteś dyrektorem finansowym Neo Banku (znanego szerzej z powodu wynajmowania brutalnych „czyścicieli” kamienic z niewygodnych lokatorów), lub świeżo utuczonym parlamentarzystą, odpowiedziałeś pięć razy NIE. Prawdopodobnie, nie ma też znaczenia, czy poglądy polityczne masz na lewo czy prawo. Grupy społeczne walczące o zmiany w dzisiejszym systemie, od radykalnych anarchistów po prawicowe organizacje, są zgodne co do tego, że demokracja w nowoczesnej wersji, jest zaprzeczeniem samej siebie, swojej idei założycielskiej.

Fantastyczna książka Davida Graebera o tym, co zostało z demokracji w dzisiejszej Ameryce.

Prawdę mówiąc, już odpowiedzenie „NIE” na choć jedno z powyższych pytań jest pretekstem, by dzisiejszą tzw. demokrację wziąć pod lupę. Co więcej, jedno zdecydowane „NIE” może – nawet wbrew naszym intencjom – sprawić, że trudno będzie pozytywnie odpowiedzieć na kolejne pytania. Jeśli bowiem, dla przykładu, odpowiadam, że rząd nie reprezentuje interesów obywatelskich, to muszę się zastanowić dlaczego. Czy nie dlatego, że reprezentuje interesy kokoś innego, niż „zwykli” obywatele? Kogo? Jeśli nie jednostek, to pewnie jakichś większych organizacji. Jeśli organizacji, to jakich? Dochodzimy do elit finansowych, czyli organizacji które mogą wywierać realny wpływ na rządzących. Jeśli tak, to czy podoba mi się to? Pewnie nie. A więc mamy już drugie „NIE”. Skoro dochodzimy do tego, że nasze interesy nie są reprezentowane, to co możemy zrobić? Zagłosować? Głosujemy od lat, i co? I nic, nasze potrzeby nadal nie są uwzględniane. Mamy więc trzecie „NIE” – nie czuję, by mój głos w wyborach coś zmieniał. Odpowiedzi na pytania 4 i 5 nasuwają się już same.

Musisz zatem uważać – jeśli odpowiedziałeś przynajmniej raz „NIE”, może się okazać, że jesteś radykałem, bo od jednego „NIE” jest mały krok do kolejnych.

Reklamy

„REFREN MUSI MIEĆ SCHLACKWORT!
CZYLI LA LA LA LA LA LA LA LA.” (cytat z maila wydawcy xxx, zachowana oryginalna pisownia)

Śpiewam w zespole, piszę piosenki. W tekstach, które również piszę sam, wyrażam to, co czuję lub przekazuję moje poglądy na różne tematy. Moje własne. Nie wiem czy to czyni mnie artystą, twórcą czy może jakąś inną, bliżej nie sprecyzowaną, „jednostką artystyczną”. W każdym razie nie czuję się towarem, produktem, odtwórcą, zabawiaczem. To, że ktoś płaci mi za płytę „Achtung, Polen!” czy koncert Skowytu  jest jego wolnym wyborem, tak jak moim wolnym wyborem jest nagranie takiej, a nie innej płyty (za swoje i kolegów pieniądze) oraz granie takich koncertów jakie nam się grać podoba.

Przy takim założeniu mogłoby się wydawać, że i ja i Skowyt jesteśmy tzw. artystami niezależnymi. W końcu robimy, co chcemy.  Niestety. W tym naszym wymarzonym ogródku wolności artystycznej jest jeden chwast – „wydawanie płyt”.  W tradycyjnym ujęciu jest to po prostu tłoczenie, wpychanie do sklepów i promowanie swoich płyt. Czynności te w oczach wielu artystów jawią się jako mityczne przeszkody nie do przejścia…

Dlatego większość muzyków, których znam, po wielu próbach samodzielnego zaistnienia (lub nie), wybiera jednak model „tradycyjny” i zaczyna szukać wydawcy, który te „straszne” przeszkody pomoże im pokonać. Szukanie wydawcy to  nieco upokarzające zajęcie, które każdego  może wpędzić w depresję. Często musisz tłumaczyć się ze swojej sztuki i przekonywać kogoś o jej wartości. Niemniej, znacznie gorzej bywa kiedy się owego wydawcę już znajdzie. Historia Skowytu nie jest wyjątkiem w tym względzie.

Jako zespół z definicji niezależny, płytę „Achtung, Polen!” nagraliśmy własnymi środkami. Chcieliśmy mieć pełną kontrolę nad tym co i jak gramy. Nie chcieliśmy od potencjalnego wydawcy pieniędzy na nagranie krążka bo prowadzi to do wynaturzeń i daje mu prawo wpływania na naszą muzykę. Nie chcieliśmy być dłużnikami w swojej własnej twórczości. Dlatego nagraliśmy album samodzielnie i uderzaliśmy do wydawców z pełnym pakietem: nagrana płyta, singiel i gotowy projekt oprawy graficznej.

Jak się okazało, odzew był całkiem spory. Kilka wydawnictw było zainteresowanych płytą. Nie mieliśmy zresztą Bóg wie jakich wymagań. Ani nie chcieliśmy kasy, ani wielkiego marketingu. To, czego potrzebowaliśmy to absolutne minimum jakiego można spodziewać się u wydawcy, czyli: dystrybucja w sklepach, wytłoczenie krążka i wysłanie płyty do mediów. Absolutne, kurwa, minimum.

Okazało się, że zainteresowana jest nami jedna z czołowych tzw. wytwórni niezależnych. Taka, w której wydają się „gwiazdy” każdego Woodstocka, Jarocina itp. Zajarani byliśmy nieziemsko. Wydawało nam się, że oto znaleźliśmy miejsce dla siebie. Wydawca z „tradycjami”, zasłużony dla rynku. Przed podpisaniem kontraktu byliśmy przez niego kuszeni wizjami zajebistej promocji, słuchaliśmy opowieści ile to mamy zajebistych hitów na naszej płycie. Nawet najbardziej zdystansowany artysta by się spuścił z radości. Spuściliśmy się i my, frajerzy. 3 dni po podpisaniu kontraktu skończył się seks i majty trzeba było włożyć na dupę. Usłyszeliśmy, że na płycie brakuje hitów, że trzeba zrobić nowy singiel i ogólnie tu jeszcze sporo brakuje. Coś zabolało mnie mocno w dupie.

Kolejne 6 miesięcy sprawiło, że znienawidziliśmy „naszego” wydawcę. Dziś pluję sobie w brodę, że tak długo w ogóle się z nim bujaliśmy. Prawda jest taka, że podpisaliśmy śmieciową umowę, pozbawiającą nas praw niemal do wszystkiego. W zamian za co? Za mityczne „wsparcie” wydawcy. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia. Żadnego, kurwa. Spotykaliśmy się z legendarnym właścicielem naszej wytwórni, który serwował nam mieszankę swoistej filozofii Zen, bujania w obłokach i kompletnego zera konkretów. Do tego cały czas wywierał na nas naciski twórcze. Zażyczył sobie „hita” do RMF’u. Do dziś mam maila, w którym wydawca tłumaczy mi jak się robi hity. Z litości nie upubliczniam go bo jest to bełkot jakich mało, godny szefa wytwórni disco polo. W skrócie, oto co udało nam się „osiągnąć” przez sześć miesięcy współpracy (cały czas z gotową płytą):

  1. Nigdy nie udało się ustalić przybliżonego terminu wydania płyty.
  2. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia medialnego. Ba, nie było nawet pomysłów wsparcia.
  3. Dowiedzieliśmy się jak powinno się robić hity (że np. w refrenie powinno być „lalalalala” – to cytat ze wspomnianego maila).
  4. Oddaliśmy prawa do niemal wszystkiego za NIC (umowa).
  5. Odbyliśmy kilka kompletnie bezproduktywnych spotkań z wydawcą, w czasie których dowiedzieliśmy się np. że mamy w sobie „wewnętrzną anarchię”.

Unieśliśmy się dumą i postanowiliśmy zerwać kontrakt. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Zamiast jednak szukać alternatywnych form wydawania swojej muzyki, nadal byliśmy mentalnie niepełnosprawni i koniecznie (nie wiadomo po jaki chuj) musieliśmy szukać kolejnego wydawcy. Po co? Nie wiem. Znaleźliśmy go bardzo szybko bo po kilku dniach. Facet prowadzący interes okazał się bardzo sympatycznym gościem. Wzbudził nasze zaufanie. Zresztą nasze oczekiwania spadły jeszcze niżej niż w przypadku poprzedniego mistrza Zen. Oczekiwaliśmy tylko wytłoczenia i dystrybucji płyty. Niestety człowiek ten, poza byciem sympatycznym, okazał się również kompletnie niezaradny.

Nie chce mi się rozpisywać, podam tylko kilka sytuacji powstałych w wyniku tej owocnej współpracy:

  1. Płyta „Achtung, Polen!” miała swoją oficjalną premierę w grudniu 2011 roku. W wielu największych sklepach pojawiła się dopiero pół roku później.
  2. Musieliśmy dogadać się z zewnętrzną agencją dystrybucyjną, by płyty w ogóle trafiły do Empików. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
  3. Empik wziął kilkadziesiąt sztuk na całą Polskę (wow!)
  4. Okładka płyty została źle wydrukowana przez drukarnię. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
  5. Nasz wydawca zgubił 300 okładek do płyt.

I tak dalej, i tak dalej.

Mylisz się jednak jeśli myślisz, że w tym tekście zmierzam do zmieszania z błotem wydawców. Nie, zupełnie nie. Dlatego nie podaję nazw wytwórni ani ludzi, o których tu mowa (choć każdy zainteresowany Skowytem dobrze wie o kogo chodzi). Uważam, że problem leży zupełnie gdzie indziej.

Wielu muzyków w tym kraju ma nasrane we łbach i nic nie rozumieją. Są w idiotami, bezmózgimi leszczami, którzy nie potrafią dbać o swoje interesy. Dają się dymać przy każdej okazji. Dymają nas wszyscy. Wydawcy podpisując z nami złodziejskie umowy i olewając swoje obowiązki. Organizatorzy koncertów, którzy mają hajs dla szatniarza, łebka na bramce i akustyka, ale muzykowi proponują granie za piwo. Zdarza się, że dymają nas nawet fani – ostatnio dwie dziewczyny ukradły naszą płytę z koncertowego stoiska i kiedy złapaliśmy je na tym, strzeliły focha mówiąc, że w zasadzie to one pierdolą naszą  muzykę i mogą oddać jak tak bardzo nam na niej zależy… Masz ochotę powiedzieć tym wszystkim ludziom „wypierdalać”. Ale większość z nas daje się dalej rżnąć bo tak nas wychował rynek estrady i rozrywki.

Jest mi źle z tym, że jako Skowyt daliśmy się wpierdolić w ten sam schemat i nie wykazaliśmy się zdrowym rozsądkiem. I tak mamy więcej farta niż wielu naszych kolegów bo nasza muzyka i nasza płyta została jakoś tam zauważona, nawet pomimo kompletnej indolencji i ignorancji wydawców. Mimo wszystko, byliśmy frajerami.

Dlatego tytułowym chwastem, którego trzeba wyrwać, nie jest wydawca. Jest nim czołobitne i poddańcze nastawienie muzyków wobec tego całego zasranego biznesu. Jesteśmy jak dzieci, które potrzebują taty, który prowadzi je za rękę. Ja właśnie chyba dorosłem. I zamierzam tworzyć na własnych warunkach. A jeśli kiedykolwiek uścisnę grabę z jakimkolwiek wydawcą to na zasadzie koleżeńskiej, a nie z pozycji dziecka potrzebującego „wsparcia”.

Od lat medialni „mędrcy” mówią, że Internet dał muzykom możliwość wyrwania się z łańcuchów skostniałych wydawnictw płytowych. Że nareszcie mogą tworzyć bez pośredników, dla ludzi. Że mogą zarabiać na swojej twórczości bez dzielenia się zyskami z wydawcą. W praktyce okazuje się, że nie jest to jednak takie proste. Szczególnie w takim kraju jak Polska, gdzie nadal wiele osób kupuje płyty w sklepach, albo nie kupuje ich wcale. Gdzie rynek ogólnie jest chujowy. Gdzie żeby zabłysnąć trzeba być bratem Figo Fago nawiązującym do discopolowych sentymentów, mieć wielkie cyce, albo robić komuś loda. Żeby wydać płytę samemu i ją wypromować porządnie albo trzeba być już artystą w miarę uznanym (czyt. takim który wzbudza szerokie zainteresowanie), albo być naprawdę, naprawdę kumatym jeśli chodzi o zrozumienie nowych trendów w social media. Nie mówiąc już o tym, że w internecie mało kto chce za coś płacić, a już najmniej za płyty mało znanych zespołów;).

Mimo to, trzeba walczyć. To jest nasza sztuka, nasza muzyka. Więc jeśli nie masz jaj, by zająć się nią na poważnie to może lepiej odpuść. Promowanie i wydawanie płyt samemu jest kurewsko ciężkim procederem, ale co masz do stracenia? Co daje Ci ten zasrany wydawca poza jakimś złudnym poczuciem bezpieczeństwa? Kilkadziesiąt/kilkaset płyt w sklepach, w których sprzedaż i tak leży? Wysłanie Twojej płyty do dziennikarzy, których i tak sam możesz poznać i sam im swoją zasraną muzykę wysłać?

Od kolegów słyszę, że zdarzają się porządni wydawcy. Jeśli tacy są i robią swoją robotę, to super. Nie mówię, że nigdy w życiu moja noga nie postanie u żadnego z nich. Ale na pewno nie dam się już tak ładować jak to miało miejsce w przypadku pierwszej płyty Skowytu. Amen.

„To jest wrogi świat, nastawionych wrogo
Patrzą z zawiścią na nasze logo
Ups…znów chybiłeś śmieciu
Każdy twój ruch z łatwością mogę przeczuć” (Molesta, „Wróg”)

Jestem kibicem piłki nożnej. Ze względu na różne zajścia w jakich brałem udział (nic bardzo poważnego, ale zdarzały mi się przepychanki z policją, „wymiany zdań” z kibicami drużyn przeciwnych, włażenie na płot;);), ktoś mógłby mnie nazwać „kibolem”. Daleko mi do wizerunku łysego karka, ale lubię adrenalinę, lubię jak się coś dzieje. Poza tym, stadiony to jedne z ostatnich miejsc w tym kraju gdzie można się wykrzyczeć, odreagować cały tydzień czy rzucić głośno „kurwą”. A tego każdy normalny facet czasem potrzebuje. Dlatego lubię tę atmosferę wolności, lekkiej chuliganki i napinki.

Należę do grupy kibiców, którzy nie są zaangażowani politycznie. Nie interesowałem się nigdy kibicowską walką z „komuną” bo – jak już napisałem w jednym z poprzednich wpisów – moim zdaniem w Polsce nie ma żadnej „komuny”. Nie zagłębiałem się w rozkminki historyczne w kontekście piłki nożnej bo najzwyczajniej w świecie wolę podrzeć ryja na trybunie niż bawić się na niej w politykę.

Polskie stadiony są dość mocno prawicowe, co raczej zniechęca mnie do angażowania się w polityczną stronę kibicowania (byłoby podobnie gdyby były np. skrajnie lewicowe). Taki trend wynika z historii naszego kraju i w sumie specjalnie nie dziwi. Niektóre wybryki prawicujących ekip stadionowych są dla mnie nie do przyjęcia, ale ogólnie rozumiem takie nastawienie i dopóki nie przekracza ono granic przyzwoitości – toleruję je.  Szczególnie, że jestem kibicem klubu, w którym akurat te tendencje nie są aż tak silne jak w wielu innych.

Środowisko kibicowskie w Polsce w ostatnich latach bardzo się zradykalizowało. Przez długi czas myślałem, że to jakaś naturalna kolej rzeczy, moda, czy co tam jeszcze. Nie próbowałem się zagłębiać w temat. Głębsze wejście w zajawkę kibicowania sprawiło jednak, że zacząłem postrzegać temat inaczej i widzę, że nie miałem racji. Zaczynam rozumieć kibiców z całej Polski, którzy toczą walkę z władzą i mediami. I powoli, zaczynam ich w tej walce wspierać.

W ostatnich miesiącach widziałem i sam doświadczyłem wielu sytuacji, które zmieniły moje widzenie problemu „kiboli”. Przeczytałem też relacje mediów z wydarzeń, w których brałem udział. I te relacje były zazwyczaj papką, medialną nagonką, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.

Dochodzę powoli do wniosku, że ekipa Tuska i sprzyjające jej media wychowali sobie wroga na własne życzenie. Jeszcze kilka lat temu walka z politykami i mediami była domeną tylko najbardziej radykalnych rodzimych ekip, jak np. Legii Warszawa, która ze względu na konflikt z właścicielem (ITI) niejako programowo zwalczała media należące do giganta. Ekipy takie jak Legia, Lech czy Wisła były na medialnym widelcu ze względu na poważne wybryki chuligańskie. Był to jednak margines. Większość „zwykłych” kibiców miała w dupie takie problemy. Większość z nas po prostu zajmowała się kibicowaniem.

Niestety, wojna jaką rząd wydał kibicom przed EURO 2012 i medialny atak na całe środowisko, który nastąpił zaraz po Pucharze Polski w Bydgoszczy (skądinąd, to była naprawdę poważna zadyma, co do tego nie ma wątpliwości) tylko zradykalizował społeczność kibiców. A problemu kibiców nie da się rozwiązać siłowo. Bo kibice to taka najbardziej „polska” (charakterologicznie) tkanka naszego społeczeństwa  jaką sobie można wyobrazić  – uparta, krnąbrna, niepokorna. I dobrze, bo to od zawsze był element polskiej tożsamości. Sarmaci i te sprawy;). Nie chodzi o to, by rozmawiać z przestępcami czy pobłażać komukolwiek. Chodzi o to, by dać tym ludziom się wyrazić i nie zamykać im ust na siłę. Wbrew pozorom to naprawdę duża i nieźle zorganizowana grupa społeczna. Na razie, próbuje się kibiców pacyfikować siłą lub ograniczać ich wolność słowa. Kilka sytuacji które sam widziałem na własne oczy:

1. Zakazy wyjazdowe.

Po pamiętnym Pucharze w Bydgoszczy zakazy wyjazdowe otrzymały niemal wszystkie ekipy w Polsce. Sam zostałem dwukrotnie zatrzymany przez policję w drodze na wyjazd za swoją drużyną w ramach „odpowiedzialności” zbiorowej. I do dziś nie wiem za co. Grupa kibiców z którą podróżowałem była spokojna, nie było też alkoholu i rozrób. Zostaliśmy zatrzymani bo jakiś burak z Lecha Poznań kiedyś rąbnął dziennikarkę.

Ktoś może powiedzieć, że kibice powinni sami oczyszczać swoje szeregi z przestępców i skoro nie potrafią tego robić to przedstawiciele prawa mają prawo zastosować odpowiedzialność zbiorową, by sytuację unormować. Nie zgadzam się i posłużę się przykładem. Czy powinniśmy zabronić wszystkim programistom grzebania w kodzie bo wśród nich są niebezpieczni hakerzy, którzy codziennie dokonują ataków na ważne strony rządowe? Pewnie większość z nas odpowie – nie. Moim zdaniem sprawa ma się podobnie z normalnymi kibicami.

2. Policja – reaktywacja

Na linii kibice – policja nigdy nie było pokojowo. O tym wie każdy. Niemniej ostatnie represje policyjne wycelowane są w ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z chuliganką czy przestępczością stadionową. Dobrym przykładem może tu być ekipa ultras Korony Kielce, która od miesięcy nękana jest przez miejscową policję. Ich jedynym przewinieniem jest to, że przygotowują efektowne oprawy, z których część odnosi się do działań policji:). Ci ludzie tworzą sztukę – każdy kto kiedykolwiek widział przygotowania do olbrzymiej oprawy na całą trybunę wie, że to są artyści a nie przestępcy!

I jeszcze przykład z mojego podwórka. Na wyjeździe w Bełchatowie zostałem zatrzymany przez łódzką policję. Moim przewinieniem było to, że próbowałem ochronić chłopaka z naszej kibicowskiej ekipy, którego potraktowano gazem pieprzowym za to, że chciał iść (w wolnym państwie!) do sklepu spożywczego. Pech chciał, że sklep znajdował się poza strefą wyznaczoną dla nas przez policję – podobno dla naszej ochrony, przed miejscowymi kibicami. Jeśli ochranianie nas oznacza pryskanie człowiekowi w oczy gazem pieprzowym bo chce iść do sklepu, to ja wysiadam i chyba już wolę spotkać miejscowych kibiców. Oni najwyżej sprzedadzą mi liścia. Skończyłem ten wyjazd z mandatami na 500 pln. Za co? Tego do dzisiaj nie wiem. Trzymano nas jak zwierzęta w klatce.

I tu znowu, ktoś kto nie przepada za kibicami pewnie może powiedzieć, że od tego jest prawo, by je egzekwować. Ale co jeśli to prawo jest złe, niedokładne i pokrzywdzeni zostają ludzie, którzy w sumie nic złego nie robią poza tym, że korzystają z wolności słowa albo wolności do chodzenia gdzie im się podoba?

3. Medialne relacje wydarzeń związanych z kibicami

Nie wątpię, że są sytuacje kibicowskie, które wzbudzić mogą tylko uczucie zażenowania. Rasistowskie wybryki, zadymy, demolowanie miasta czy stadionu… I należy o tym głośno mówić. Ale uczestniczyłem w wielu sytuacjach zupełnie normalnych, takich jak przemarsze kibiców na mecz, manifestacje w sprawach związanych z tym czy innym klubem… często głośne, często niepoprawne politycznie, ALE absolutnie zgodne z prawem. Na tym polega do cholery wolność słowa – nie zawsze jest miło i sympatycznie, ale jeśli wszystko mieści się w granicach prawa to nie powinno być problemu. Sytuacje kibicowskie w gruncie rzeczy rzadko wychodzą poza prawo – bardzo często prowokacja następuje ze strony ochrony lub policji, które nie wiedzą jak postępować w danej sytuacji. Wiem bo widziałem na własne oczy.

Ile razy brałem udział w wydarzeniach, które miały charakter piknikowy, a w wieczornych wiadomościach dowiadywałem się, że uczestniczyłem niemal w zlocie przestępców… Stopień zakłamania niektórych mediów (i nie tylko tych, z którymi walczą tradycyjnie kibice) jest czasami szokujący. Wymiana okrzyków staje się „burdą”, rzucanie samolocików z papieru na derbach Warszawy staje się „skandalicznym atakiem” na kibiców drugiej drużyny, a kiedy ochroniarze zabraniają kibicom wniesienia flag klubowych na stadion, okazują się bohaterami, którzy wykryli kibiców „ze sprzętem”… Hmmm…

3. Stadiony to nie miejsce dla polityki?

Nie wiem czy wiecie, ale na polskich stadionach obowiązują nieco inne prawa niż wszędzie indziej w naszym kraju. Ktoś wymyślił sobie na przykład odgórnie, że na stadionie nie powinno być polityki. Kto? Dlaczego? Tego nie wie nikt. Dlaczego niby na stadionach nie powinno być polityki? Czym różnią się stadiony od placów, na których odbywają się manifestacje, czy od auli uniwersytetów, w których odbywają się debaty poglądowe? Mamy wolność słowa, żyjemy w wolnym kraju – dlaczego nie mogę powiedzieć na stadionie tego, co mogę powiedzieć gdzie indziej? Stadiony mają długą tradycję aktywności politycznych. Najlepszym przykładem może tu być Lechia Gdańsk, której stadion był jednym z ważniejszych ośrodków głoszenia wolnej myśli za komuny.

Ostatnie wydarzenia na stadionie Polonii Warszawa pokazują do jak absurdalnych sytuacji dochodzi gdy prawo jest egzekwowane w sposób bezmyślny i pozbawiony wyobraźni.

Na meczu Polonia Warszawa – Śląsk Wrocław, na trybunie „Kamiennej” pojawił się znak, który dość często gości na stadionach rodzimej ekstraklasy. Taki oto znak:

Jak już pisałem, nie jestem zwolennikiem polowania na komunistyczne czarownice, ale jednak ten znak nie jest specjalnie obraźliwy. Szczególnie w Polsce i innych krajach postkomunistycznych, nie powinien nikogo bulwersować. Nie mówiąc już o tym, że komunizm jest uznany w Polsce za reżim zbrodniczy. Zwalczanie go (a tym jest właśnie wywieszenie takiego znaku) powinno raczej zyskać wsparcie ze strony prawa. A że Ci, którzy wieszali ten znak za „komunę” pewnie mieli Tuska, jego ekipę i sprzyjające Platformie media? Trudno. Takie ich demokratyczne prawo.

Co się zdarzyło dalej? O tym już wie cała Polska. Na trybunę wskoczyli rześcy ochroniarze (podobni do tych, którzy na derbach Warszawy również traktowali polonistów gazem pieprzowym) i zdecydowanie wkroczyli do akcji zdejmowania flagi z gniazda. Wkroczyli okaskowani w około 30 chłopa. Wywołało to kompletne wkurwienie spokojnych do tej pory kibiców Polonii, którzy, ni mniej ni więcej, tylko na kopach wysadzili ochroniarzy za bramę. W czasie nieco panicznej ucieczki ochroniarze zaczęli rozpylać gaz pieprzowy. Tym gazem zostały potraktowane między innymi dzieciaki przyprowadzone na swój pierwszy mecz w ramach Akcji Kibic… Po co to było? W czyim interesie? Ochrona bezpieczeństwa? Czyjego?

Na koniec przewidywalna ciekawostka. Delegat z ramienia PZPN, który nakazał tak gwałtowna i bezsensowną interwencję jest… byłym, wysokiej rangi, aparatczykiem PZPR. Zabawne, prawda?

A teraz krótki morał z tej historii.

Jak kończą się nagonki medialne, represje policji i decyzje delegatów, które zamiast rozwiązywać poważny problem przestępczości na stadionach, uderzają w zwykłych kibiców? Otóż kończą się tak: środowiska które są bez przerwy atakowane (w tym wypadku kibice) radykalizują się i jeszcze bardziej jednoczą w walce i nienawiści do medialnego mainstreamu. Ci ibice którzy byli do tej pory neutralni, zaczynają wspierać swoich bardziej radykalnych kolegów widząc co się dzieje.

Najlepszym przykładem jest ten tekst, który rok temu po prostu by nie powstał w mojej głowie. Jako przeciwnik polityki na stadionach nigdy bym się nie zajmował np. flagą antykomunistyczną. Dziś jednak uważam, że coś tu się dzieje nie tak i trzeba o tym głośno mówić. Dlatego nie tylko napisałem ten tekst, ale byłem również jednym z tych którzy w tłumie wyganiali ochronę ze stadionu na K6. I nie wstydzę się tego choć niektórzy mogą uważać, że złamałem prawo… Jeśli złamałem to uważam to za moje prawo do „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Definicję tej postawy sobie wygooglajcie.

„Miej świadomość, możesz robić co chcesz(Kazik Staszewski) – jeśli ten cytat zniknie w ciągu kilku godzin to znaczy, że Kazik nasłał na mnie swoich prawników;)

Wciskanie ludziom wolności na siłę najczęściej kończy się reakcją wymiotną. Podobnie uszczęśliwianie ich na siłę lub umoralnianie na siłę. Nie inaczej wygląda sprawa z uzdrawianiem na siłę. W takich sytuacjach pojawia się zawsze ten kłopotliwy, acz wyraźny problem moralny. Ktoś chce dla nas dobrze, my sami natomiast, uważamy że powinien się raczej odpieprzyć i dać nam święty spokój. I chociaż bywają to sytuacje nieprzyjemne, większość z nas ma na tyle odwagi, by delikatnie danego delikwenta upomnieć i poprosić go o zluzowanie w temacie.

Gorzej kiedy narzucać wolność, uszczęśliwiać i uzdrawiać nas na siłę, pragnie Państwo. Państwo, czyli jakiś bliżej niesprecyzowany organ, składający się z setek tysięcy urzędników, polityków i  decydentów. Sytuacja staje się dla nas groźna. O ile bowiem możemy koledze, którego znamy z twarzy, nazwiska i poglądów, powiedzieć żeby się odpieprzył ze swoją niechcianą pomocą, o tyle w przypadku Państwa sprawa nie jest tak prosta. Bo komu, gdzie i w którym momencie pokazać swoje niezadowolenie? Nad naszym Państwem są zresztą struktury daleko bardziej niejasne i niesprecyzowane dla zwykłego człowieka, jak np. Unia Europejska. Zostajemy więc sami z naszym problemem i z czasem większość z nas przyjmuje postawę bierną, to znaczy przyjmujemy za oczywisty fakt, że w starciu z „systemem” nie mamy nic do powiedzenia.

Ostatnie ruchy władz naszego kraju w kwestii podpisania ACTA, wzbudziły sporo kontrowersji. Jeśli nie dlatego, że sam dokument jest mocno kontrowersyjny, to przynajmniej dlatego, że wyszedł na jaw brak – elementarnej wydawałoby się w systemie demokratycznym – konsultacji społecznej. A jeśli konsultacja to za dużo, już samo wyczucie i znajomość tematu byłyby mile widziane. Niestety.

ACTA to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Dziś dowiaduję się z Dziennika, że będę mógł kupić, wzorem niektórych krajów skandynawskich, alkohol tylko przez osiem godzin dziennie. Mało tego. Tylko w prowadzonych przez Państwo specjalnych „punktach”. Mało tego. Zalecenie płynące z UE zawiera również sugestię, by punkty te znajdowały się na obrzeżach miast. Czyli, w przypadku Warszawy w której mieszkam, pewnie na jakimś totalnym, nieosiągalnym zadupiu. Jak podaje Dziennik, dokument już został zaakceptowany przez wszystkie Państwa członkowskie. Póki co, nie ma mocy, która obligowałaby poszczególne państwa do bezwzględnego wprowadzania jego zapisów. Już wkrótce może to jednak ulec zmianie. A to dlatego, że Komisja Europejska ma wkrótce sformułować nową, w założeniach obligatoryjną, strategię rozwiązywania problemów alkoholowych. Brzmi groźnie.

Co na to państwo Polskie?

– Konsultowaliśmy ten dokument i nie zgłaszaliśmy do niego żadnych uwag. Tym samym uznaliśmy, że wszelkie strategie i działania zmierzające do ograniczenia szkód związanych ze spożyciem alkoholu powinny być rekomendowane do wprowadzenia w państwach europejskich – informuje nas beztrosko rzecznik resortu zdrowia, Agnieszka Gołąbek (za Dziennik.pl)

Ciekawe. Szczególnie podoba mi się fragment dotyczący rekomendacji, a w podtekście – usprawiedliwienia, „wszelkich strategii i działań”, które w założeniu prowadzić mają do zmniejszenia problemów społecznych związanych z pijaństwem. Pani rzecznik i jej mocodawcy w sposób oczywisty uzdrawiają nas na siłę. Nie ma znaczenia czy pijesz wino do obiadu, pijesz okazjonalnie na uroczystościach, czy uchlewasz się codziennie do nieprzytomności. Po co komuś ta, kłopotliwa z perspektywy podejmowania decyzji ogólnych, wiedza. Od tej pory będziesz się musiał się ograniczyć bo ktoś tak zadecydował.

Alkohol w Polsce jest istną plagą, co do tego nie ma dwóch zdań. Zbrodnie popełnione pod jego wpływem stanowią, jak mniemam (bo „twardymi” danymi nie dysponuję), duży procent zbrodni popełnionych w ogóle. Jednak wprowadzenie tak dalece posuniętych rozwiązań jest absurdalne i jest próbą zagarnięcia kolejnego skrawka wolnej przestrzeni publicznej, której i tak jako obywatele, mamy coraz mniej.

Nikt z nas, jak podejrzewam, nie kibicuje pijaństwu i agresji, która jest nim powodowana. Pewnie zgadzamy się co do tego, że osobników stale nadużywających i popełniających rozboje „pod wpływem”, powinno się surowo karać lub – w skrajnych przypadkach – izolować. Problem jest realny, w Polsce widzimy go na każdym kroku. Swego czasu, na warszawskich ulicach pojawiły się malowane białą farbą na ścianach, dramatyczne apele dotyczące alkoholizmu Polaków, które z wypiekami na twarzy obserwowałem w różnych częściach miasta. Wyglądały np. tak:

I chociaż były to dramatyczne działania jakiejś mocno zdeterminowanej duszyczki, to i tak niosły za sobą większy ładunek realnej troski o kondycję narodu niż biurokratyczne sztuczki, które serwuje nam Pani Agnieszka i jej mocodawcy.

To prawda, jesteśmy krajem pijaków, a z alkoholem problem ma lub miał niejeden z nas. Nic jednak nie zastąpi edukacji, zmiany przyzwyczajeń która zaczyna się w domu, w szkole, na podwórku. Zamordyzm rzadko jest najlepszym sposobem na osiągnięcie celu. A na osiągnięcie celu poprawy jakości życia społecznego – prawie nigdy. Jeśli chodzi o stymulowane, sztuczne ograniczenie spożycia alkoholu to kraje skandynawskie, których doświadczenia służą za punkt wyjścia autorom projektu, są tu przykładem mocno kontrowersyjnym. Szwecja z systemem Systembolaget ma na koncie afery korupcyjne (związane z rozwojem szarej strefy) jak i nielegalne szmuglowanie alkoholu np. z Niemiec i Estonii. Nie mówiąc już o tym, że do dzisiaj nie udało się jednoznacznie potwierdzić, czy wprowadzone restrykcje sprzedażowe, rzeczywiście pozytywnie wpłynęły na stan trzeźwości społecznej naszych wikińskich kolegów i koleżanek. Organizacje rządowe przywołują statystyki obwieszczające sukces, niezależne organizacje społeczne wręcz przeciwnie – wskazują na rozwój zachowań sprzyjających pijaństwu. Restrykcje miały jednak na pewno pozytywny wpływ na status kabzy szwedzkiego aparatu państwowego, co do tego nie ma wątpliwości. Pij zatem do woli, ale płać państwu.

Nie uważam, żeby problem sprzedaży alkoholu był w tej chwili jakoś specjalnie najważniejszy i być może robienie zadymy wokół tak przyziemnego tematu jest nieco infantylne. Mimo wszystko, to kolejny już ruch naszego państwa, który wprawia mnie w zakłopotanie. Bo nie wiem komu powiedzieć żeby się ode mnie odpieprzył ze swoją pomocą.

A koniec końców, pijak niech się uchlewa jak lubi – dopóki nie robi tym nikomu krzywdy. A jak robi krzywdę, to jest to temat dla policjanta, a nie urzędnika. Bo po pijaku przyjdzie czas na tego, który lubi się brandzlować w zaciszu domowym, tego który jest hazardzistą, tego który pali (na tych już pojawił się bat). Nie mylmy kreatywnego wspomagania pozytywnych zmian społecznych (to może być rola państwa) z obligatoryjnym do tych zmian przymuszaniem (co nie powinno być rolą nikogo, a tym bardziej aparatu państwowego).