Archive for the ‘Społeczeństwo’ Category

„I never look at fashion magazines. I find them incredibly boring.”

Vivienne Westwood

Odkąd pamiętam, „świat mody” kojarzył mi się mało pozytywnie, a już na pewno te skojarzenia nie dryfowały w stronę intelektualnych wyżyn. Chyba zaczęło się od mojej koleżanki z liceum, Magdy, która na klasową wyprawę w Tatry wybrała się w szpilkach. Kosztowało ją to wiele bólu, a resztę wycieczki kilka godzin słuchania jej narzekań. Myślę, że wyniosła z tego jakąś naukę. Podejrzewam, że jak większość z nas, na następną wyprawę w góry wybrała się w trepach, albo przynajmniej w jakimś płaskim obuwiu. To historia trochę anegdotyczna i chyba dość trafnie podsumowująca pewne irytujące cechy ludzi przesadnie modnych. Każdy z nas chce jakoś fajnie wyglądać, ale jednak nie każdy zakłada szpilki idąc w góry.

O pewnych brakach intelektualnych szeroko pojętego środowiska związanego z modą słychać nie od dziś. Głośny był jakiś czas temu program telewizyjny obnażający brak wiedzy części blogerów modowych. Wtedy „modni” bronili się, że to prowokacja, że osoby są podstawione i że to niesprawiedliwy atak na całą branżę. Może i tak było, nie wiem. Wiem natomiast co stało się dzisiaj…

Znany magazyn „modowy” Glamour zapowiedział okładkę nowego numeru. A na niej reklama artykułu „Modne rewolucjonistki na Majdanie”. Czyli już mocno niepokojąca sytuacja. Okładka dość szybko zdobyła „internety”, czemu trudno się dziwić. Zestawienie czegoś tak błahego jak moda, z czymś tak doniosłym jak śmierć i bratobójcze starcia Ukraińców, musi budzić podejrzenia. W ostatnich dniach o rewolucji na Ukrainie mówią i kibicują nawet ludzie, którzy wcześniej nie interesowali się Euromajdanem i polityką w ogóle. Jak się okazało, okładka to tylko wierzchołek góry lodowej. Wisienka będąca niczym w porównaniu do tortu na jakim się znalazła, czyli reklamowanego artykułu.

To, co przeczytałem w tym tekście wywołało szok mój i chyba nie tylko mój (sądząc po komentarzach, które od kilku godzin wręcz zalewają facebookowy profil glamour.pl). W skrócie, napisała go ukraińska „dziennikarka modowa”, której zamiast na narty w Alpy zamarzyło się zobaczyć jak to jest na barykadach rewolucji. Sam zamysł całkiem szlachetny, ale to w jaki sposób ta biedna dziewczyna opisuje swój udział i pomoc ludziom na Majdanie, przekracza wszelkie pojęcie i mówi bardzo dużo o tym, jak oderwane od rzeczywistości jest środowisko mody. Bo całą sprawę można rozciągnąć na środowisko a nie na jedną dziewczynę, jeśli tak karygodny artykuł zostaje wydrukowany w dużym magazynie o modzie i nie znajduje się w redakcji tego magazynu ani jedna ogarnięta osoba, która by go zatrzymała. Pozwólmy zatem mówić autorce, niejakiej Olence:

–  „Oczywiście na początku zastanawiałam się, jak mam się ubrać, idąc na Majdan. Wiesz, takie typowe rozterki fashionistki. Później zdałam sobie sprawę, że najważniejsze przecież, żeby było mi ciepło. Termiczna bielizna Uniqlo, którą niedawno kupiłam, okazała się wprost idealna na Majdan, a nie – jak wcześniej myślałam – wypad na narty w Alpy.”

– „(…)ale gdy w nocy oglądasz zdjęcia z ataku Berkutu (jednostka specjalna ukraińskiej milicji) na rewolucjonistów, to po prostu nie jesteś w stanie rano wrzucić na swojego walla looku z wybiegu”

– „Kiedy wchodzisz na teren Majdanu, który wyznaczają potężne barykady z worków wypełnionych śniegiem (niesamowity pomysł „Do it yourself”!), masz wrażenie, jakbyś znalazła się w bajce z XXI wieku.”

– „Byłam dumna, że wreszcie mogę zrobić dla Majdanu coś pożytecznego, ale moja próżność podpowiadała mi, że roznoszenie kanapek to nie jest odpowiednie zajęcie dla dziennikarki modowej. Społecznikowska postawa wzięła jednak górę i ostatecznie nawet zgodziłam się pozować do zdjęcia, jak wydaję prostestującym talerze z gryką. „

Czy trzeba coś dodawać, tłumaczyć? Wszystko widać jak na dłoni. Komentarze, które można znaleźć pod tym artykułem są bardzo brutalne. I jest ich bardzo dużo. Wcale mnie to nie dziwi, bo na naszych oczach dokonuje się jakieś kompletne przewartościowanie symboli i znaczeń. Tylko wczoraj zginęło ponad 70 osób w starciach. Jak można zestawiać śmierć, cierpienie, krew, z językiem „fashion”? Jak można to potem wydrukować i jeszcze bronić gdy ludzie zwracają uwagę na niestosowność takiej publikacji (to robi teraz redakcja na swoim profilu). Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, by napisać i wydrukować taki tekst. Nie wiem z jakiego świata trzeba być człowiekiem.

Redakcja Glamour broni się mówiąc, że numer poszedł do druku zanim na Majdanie zaczęły się najbardziej krwawe starcia. NIE KUPUJĘ TEGO TŁUMACZENIA. Po pierwsze, starcia i śmierć na Majdanie miały miejsce już od pewnego czasu. Zanim zaczęła się jatka ostatnich dni, w Kijowie zabito już kilkanaście osób. To nie dało do myślenia „szpilkom na Giewoncie”, naszym modowym mądralom? Zresztą, jakie to ma znaczenie? Nawet gdyby nie było żadnej ofiary śmiertelnej, taki artykuł – banalizujący doświadczenie ludzi protestujących od miesięcy na Majdanie – nie powinien się ukazać. Co więcej, redakcja nadal trzyma ten artykuł w sieci, bo wie że podbija im to oglądalność, wedle durnej i nieprawdziwej „prawdy” marketingowej mówiącej, że nie ważne jak mówią, byle mówili. Zero refleksji.

No cóż, mam nadzieję, że tym razem ważne jak mówią. I mam nadzieję, że będzie to początek końca tego pisma. A redaktor naczelna może następnym razem pójdzie w góry w trepach, a nie w szpilkach.

„Zawsze mamy dwie amerykańskie flagi, jedną dla bogatych, a drugą dla biednych. Kiedy na maszcie jest ta pierwsza, wtedy mówimy, że sprawy są pod kontrolą. Kiedy ktoś podnosi tę drugą, wtedy słyszymy o niebezpieczeństwie, rewolucji i anarchii” (Henry Miller, „Klimatyzowany koszmar”)

Na początku pomyślałem, jeszcze tego brakowało.

Russel Brand, słynny angielski komik i celebryta, broni biednych i demokracji. Mówi o rewolucji, ucisku społecznym i o tym, że rządy nie reprezentują swoich obywateli. Krytykuje demokrację. Farsa. Coś jednak sprawiło, że obejrzałem do końca wywiad, którego udzielił w BBC Jeremiemu Paxmanowi (link poniżej):

Być może ujęły mnie charyzma i pasja z jaką piętnował władzę, a może po prostu zadziałały jego ewidentne umiejętności krasomówcze. W ciągu dziesięciu minut, bo tyle trwał wywiad, usłyszałem niemal wszystkie najpoważniejsze zarzuty jakie sam jestem w stanie sformułować, również wobec polskiego rządu. Problemy, które środowiska wolnościowe omawiają od lat, na które wydawałoby się nie ma lekarstwa w świecie krwiożerczego kapitalizmu, zostały przez Branda przedstawione w sposób dosadny i nie obciążony, często pokrętną, argumentacją ruchów społecznych. I jeszcze facet miał czelność powiedzieć, że nigdy nie głosował w wyborach, bo wie dobrze, że wybory, w obecnej formie demokracji, nie mają żadnego znaczenia. Paxman próbował, ale nie dał rady zdyskredytować długowłosego gaduły: „Dlaczego nie głosujesz, wspierasz apatię społeczną? Dlaczego wypowiadasz się o polityce, skoro jesteś aktorem?”. Brand odpowiadał tak, jak odpowiedziałby prawdopodobnie każdy z nas. Nas, czyli słynnych 99%, którzy nie sprawują władzy i nie zarabiają milionów dolarów. Dokładnie takich samych odpowiedzi udzieliłbym również i ja: „Nie potrzebuję od Ciebie prawa do mówienia o polityce, sam je sobie daję. Apatia ma źródło w polityce, nie wśród zwykłych ludzi!” I nagle doszło do mnie, że nie trzeba być politologiem lub rzecznikiem ruchów wolnościowych, by móc zabrać zdecydowany głos w debacie o kondycji współczesnego świata. Nie musisz być anarchistą*, by zostać radykałem. Ta myśl dodała mi otuchy, ponieważ wieloletnia obserwacja polskich ruchów radykalnych z lewej i prawej strony, nie napawa nadzieją.

Wywiad Branda uświadomił mi jedną rzecz. Źle się dzieje na całym świecie. A może nie o świadomość tu chodzi, bo przecież interesuję się od lat kondycją demokracji w ujęciu globalnym. Może to po prostu ta mała iskierka, dziesięciominutowy moment porozumienia. Że facet, aktor z Anglii, mówi to samo, co ja widzę w Polsce i o czym czytam w książkach poświęconych Stanom Zjednoczonym (np. kapitalne Debt i Democracy Project Davida Graebera, traktujące o totalnym kryzysie demokracji w samym „centrum” demokratycznego świata). Czy naprawdę tak trudno jest sobie wyobrazić wspólny mianownik dla rozpędzania siłą pokojowego ruchu Occupy Wall Street, aresztowań polskich aktywistów walczących z bezdusznymi eksmisjami i, dajmy na to, umacniania więzi między korporacjami a polityką, dzięki działaniom lobbystów? Problem ruchów wolnościowych na całym świecie można sprowadzić do jednego – najczęściej zaczynają walkę o zmianę szczegółów, przy jednoczesnym pomijaniu, przemilczaniu spraw fundamentalnych. Ta metoda ma swoją długą i szlachetną tradycję. Jednak w dzisiejszej sytuacji politycznej i społecznej, zdaje się nie być najlepszym rozwiązaniem. Dlaczego? To bardzo proste. Jeśli walczysz o utrzymanie miejsc pracy w konkretnym ośrodku pracy, Twoimi sojusznikami są tylko i wyłącznie pracownicy tego ośrodka zagrożeni zwolnieniem. Jeśli walczysz z nieuczciwym właścicielem kamienicy, brutalnie próbującym wyrzucić staruszkę na bruk – Twoim sojusznikiem jest ta staruszka i kilku aktywistów, może jeden dziennikarz. Kiedy obrzucasz farbą Neo Bank (jak to zrobiła grupa anarchistyczna „15W08”), kilka osób się uśmiechnie z aprobatą, ale Twoi prawdziwi sojusznicy to jedynie radykalni anarchiści…

Ale co stanie się kiedy zadasz podstawowe pytania, które dręczą nas wszystkich? Weźmy pierwsze z brzegu pytania Russela Branda:

1. Czy czujesz, że władza reprezentuje Twoje interesy i potrzeby?

2. Czy czujesz, że Twój głos w wyborach zmienia cokolwiek?

3. Czy podoba Ci się, że polityka dzisiaj jest zależna od elit finansowych?

4. Czy, mając podstawową wiedzę na temat tego, czym jest demokracja, czujesz, że żyjesz w ustroju realnie demokratycznym?

I wreszcie pytanie podstawowe:
5. Czy świat zmierza w dobrym kierunku?

Podejrzewam że, jeśli nie jesteś dyrektorem finansowym Neo Banku (znanego szerzej z powodu wynajmowania brutalnych „czyścicieli” kamienic z niewygodnych lokatorów), lub świeżo utuczonym parlamentarzystą, odpowiedziałeś pięć razy NIE. Prawdopodobnie, nie ma też znaczenia, czy poglądy polityczne masz na lewo czy prawo. Grupy społeczne walczące o zmiany w dzisiejszym systemie, od radykalnych anarchistów po prawicowe organizacje, są zgodne co do tego, że demokracja w nowoczesnej wersji, jest zaprzeczeniem samej siebie, swojej idei założycielskiej.

Fantastyczna książka Davida Graebera o tym, co zostało z demokracji w dzisiejszej Ameryce.

Prawdę mówiąc, już odpowiedzenie „NIE” na choć jedno z powyższych pytań jest pretekstem, by dzisiejszą tzw. demokrację wziąć pod lupę. Co więcej, jedno zdecydowane „NIE” może – nawet wbrew naszym intencjom – sprawić, że trudno będzie pozytywnie odpowiedzieć na kolejne pytania. Jeśli bowiem, dla przykładu, odpowiadam, że rząd nie reprezentuje interesów obywatelskich, to muszę się zastanowić dlaczego. Czy nie dlatego, że reprezentuje interesy kokoś innego, niż „zwykli” obywatele? Kogo? Jeśli nie jednostek, to pewnie jakichś większych organizacji. Jeśli organizacji, to jakich? Dochodzimy do elit finansowych, czyli organizacji które mogą wywierać realny wpływ na rządzących. Jeśli tak, to czy podoba mi się to? Pewnie nie. A więc mamy już drugie „NIE”. Skoro dochodzimy do tego, że nasze interesy nie są reprezentowane, to co możemy zrobić? Zagłosować? Głosujemy od lat, i co? I nic, nasze potrzeby nadal nie są uwzględniane. Mamy więc trzecie „NIE” – nie czuję, by mój głos w wyborach coś zmieniał. Odpowiedzi na pytania 4 i 5 nasuwają się już same.

Musisz zatem uważać – jeśli odpowiedziałeś przynajmniej raz „NIE”, może się okazać, że jesteś radykałem, bo od jednego „NIE” jest mały krok do kolejnych.

„Nasze ulice są opakowane,

Nasze ulice są już dawno sprzedane,

Nasze ulice zalepione są reklamą,

Twoje myśli są okupowane.

Lepiej zacznij decydować sam o sobie,

Lepiej szybko o co Ci chodzi powiedz,

Lepiej pamiętaj, tutaj zawsze jesteś sam,

W tym mieście na każdego kiedyś przyjdzie czas!” (Skowyt, „Miasto Warszawa”)

Słowo „wolność” ma swoją wagę.

Zazwyczaj staram się go używać w kontekście spraw wielkich, doniosłych. Na tym blogu pojawia się raczej w odniesieniu do sytuacji dotykających nas wszystkich (nas jako naród, nas jako społeczeństwo, nas jako grupy społeczne?). W tych wielkich ideach i konstrukcjach owa „wolność” jawi się w pełnym kolorze i, w sumie, dość łatwo się nią operuje. Bezpiecznie i wygodnie jest mówić o wolności wielu ludzi. Prawdopodobnie my wszyscy, niezależnie od poglądów na inne sprawy, czujemy się związani z prawem do wolności. Problem zaczyna się, kiedy ktoś rozumie moją wolność inaczej niż ja. A już prawdziwy dramat jest wtedy, gdy ktoś moją wolnością handluje lub ją sprzedaje bez konsultacji ze mną. Nie jakąś abstrakcyjną wolnością nas wszystkich, tylko moją, jednostkową. I kiedy robi to w majestacie prawa, mimo że prawo łamie.

Mieszkam w Warszawie. Jestem zatem częścią wielomilionowego, ukrwionego organizmu. Żywej przestrzeni. Przestrzeni która od lat jest wystawiana jak prostytutka wielkim korporacjom. Mieszkanie tu wiążę się niestety z odkrywaniem każdego dnia, że w moim mieście są równi i równiejsi. I że Ci równiejsi mogą podważyć moją wolność, kiedy np. ułożą się (czyt. zapłacą) z urzędem gminy, miasta, dzielnicy, itp.

I chociaż bardzo bolą mnie wielkie, słabo widoczne gołym okiem, ruchy marketingowe, które sprawiają, że MOJE MIASTO jest reklamowym śmietniskiem, gdzie urbanizacja przebiega bez ładu i składu, to jednak – jak każdego – najbardziej dotyka mnie… a jakże… gdy ktoś wchodzi z butami do mojego domu.

Moja okolica jeszcze całkiem niedawno była przyjemnym miejscem do życia. W latach 80tych kiedy byłem małym szkrabem, pełno tu było polan i zielonych zakamarków. Z ich odejściem musiałem się pogodzić, bo nie sposób utrzymać centrum miasta w takim stanie. Mimo stopniowej „modernizacji wizerumkowej”, nadal ostał się jednak pewien spokój i dzikość tych rejonów. Z czasem powstawały jakieś banki, jakieś biurowce – większość kompletnie oderwana od przedwojennych klimatów nadających dzielnicy charakter, ale jakoś dało się z tym żyć.

Przyszli i po mnie.

Dla mieszkańców mojego bloku sielanka skończyła się w tym roku. Tuż pod naszym oknem wielki, znany i „poważany” (przez kogo?) developer rozpoczął swoją epicką budowę, twór o gabarytach jak z kosmosu. Kolejny brzydki kloc, stolec gwałcący naszą przestrzeń, naszą dzielnicę, nasze miasto.

Zresztą, mniejsza z tym jak ten budynek ma wyglądać. Przyzwyczaiłem się do tego, że ktokolwiek wydaje w Warszawie zgody na budowę nowych budynków, ma kompletnie w dupie jak one wyglądają. Kolejni „wybitni” architekci dostają grubą kasę za obrzydzanie miasta, kolejne dziwolągi stają co miesiąc w Centrum Warszawy.

Mój problem jest zupełnie inny.

Otóż, „poważany” deweloper ma gdzieś jedno z najbardziej podstawowych praw obowiązujących w przestrzeni miejskiej. Ciszę nocną.

Jeśli ja robię imprezę w nocy i przyjeżdża policja, to nie tylko zostaję pouczony o ciszy nocnej (bądź ukarany mandatem), ale również zostają podjęte konieczne środki przymusu, które zmuszają mnie do tego, by moja impreza od tej wizyty przebiegała ciszej. Nie ma na to rady. Jesli zignoruję policjantów, to przyjadą po raz kolejny, aż wreszcie doprowadzą do uciszenia mnie, w taki czy inny sposób. Przerabiałem to wiele razy i chociaż nigdy nie byłem z powodu tych wizyt szczęśliwy, W PEŁNI RESPEKTUJĘ ŻE KOMUŚ MOŻE NIE PODOBAĆ SIĘ NOCNE WYCIE MOJE I MOICH ZNAJOMYCH. Tak to już jest – nie mieszkam na bezludnej wyspie i muszę respektować, że są ludzie którzy chcą spać i takie jest ich NIEZBYWALNE prawo miejskie.

Dewelopera to jednak nie dotyczy. Mając do dyspozycji olbrzymi plac budowy, zdecydował się na postawienie najgłośniejszych maszynerii, betoniarek itp. dokładnie pod oknami trzech budynków, w których mieszkają ludzie. Wszystkie inne miejsca na placu nie sąsiadują z budynkami mieszkalnymi, można więc było postawić sprzęt gdziekolwiek indziej, tak by nikomu nie przeszkadzał (albo przeszkadzał mniej, co też nie jest bez znaczenia!). Debilna, nieprzemyslana decyzja.

I te betoniary potrafią tak młócić np. do 3 nad ranem. Jest lato. Wszyscy śpimy przy otwartych oknach. Zamknę okno – podusimy się w duchocie. Proste. Okej, zatem ktoś gwałci moje prawa. To raz. Ale po „raz” jest i „dwa”. „Dwa” jest jeszcze bardziej przykre i dołujące. Bo okazuje się, że arogancja i bezczelność developera nie jest moim i sąsiadów największym problemem.

Jest nim sprzedawanie naszych praw przez władze miasta. Z różnych źródeł społeczność mojego bloku dowiedziała się, że nasza cisza nocna została przehandlowana. Policja wzywana kilka razy przez zdesperowanych mieszkańców, którzy godzinami nie mogą zmrużyć oka, została z budowy odprawiona z kwitkiem bo, jak się okazało… deweloper załatwił w jakimś urzędzie zgodę na nocną budowę… prawdopodobnie w zamian za jakieś „dotacje”, ale tego się pewnie ngdy nie dowiemy.

Pojawiają się pytania?

a. Kto i dlaczego ma prawo sprzedać moje i sąsiadów prawo do ciszy nocnej?

b. Dlaczego „opóźnienia w inwestycji”, które podobno zmusiły dewelopera do wystąpienia o pozwolenie, są ważniejsze niż nasz spokojny sen?

c. Jak można sprawować kontrolę nad korporacją? Nawet jeśli nie mają pozwolenia na pracę w nocy, to czy zaboli ich (nawet codzienny) mandat w wysokości kilkuset złotych?

Absurdalne decyzje miasta wpływają na rozpad jakiegokolwiek myślenia pro-społecznego czy poczucia wspólnoty, które i tak w ignoranckim, miejskim klimacie jest nikłe. Bo jeśli ktoś może sobie kupić naszą wolność i zabrać nam nasze prawa tylko dlatego, że ma opóźnienia w inwestycji, to jaką my mamy motywację, by przestrzegać tych „pustych” praw?

Przestrzeń miejska jest oczywiście tematem wałkowanym od stuleci. Ostatnio w Polsce wydano świetną książkę Davida Harvey’a „Bunt Miast i miejska rewolucja”. Korporacyjne procesy urbanizacyjne niszczą wiele miast w USA, w sposób nieodwracalny stygmatyzowały też takie miasta jak np. Paryż. Od lat do niechlubnego grona miast obrzydzanych ich własnym mieszkańcom aspiruje również Warszawa. Miasto najpierw zburzone, potem zamienione w secrealistyczne pudełko przez komunistów… a teraz gwałcone przez prywatnych przedsiębiorców.

„To jest wrogi świat, nastawionych wrogo
Patrzą z zawiścią na nasze logo
Ups…znów chybiłeś śmieciu
Każdy twój ruch z łatwością mogę przeczuć” (Molesta, „Wróg”)

Jestem kibicem piłki nożnej. Ze względu na różne zajścia w jakich brałem udział (nic bardzo poważnego, ale zdarzały mi się przepychanki z policją, „wymiany zdań” z kibicami drużyn przeciwnych, włażenie na płot;);), ktoś mógłby mnie nazwać „kibolem”. Daleko mi do wizerunku łysego karka, ale lubię adrenalinę, lubię jak się coś dzieje. Poza tym, stadiony to jedne z ostatnich miejsc w tym kraju gdzie można się wykrzyczeć, odreagować cały tydzień czy rzucić głośno „kurwą”. A tego każdy normalny facet czasem potrzebuje. Dlatego lubię tę atmosferę wolności, lekkiej chuliganki i napinki.

Należę do grupy kibiców, którzy nie są zaangażowani politycznie. Nie interesowałem się nigdy kibicowską walką z „komuną” bo – jak już napisałem w jednym z poprzednich wpisów – moim zdaniem w Polsce nie ma żadnej „komuny”. Nie zagłębiałem się w rozkminki historyczne w kontekście piłki nożnej bo najzwyczajniej w świecie wolę podrzeć ryja na trybunie niż bawić się na niej w politykę.

Polskie stadiony są dość mocno prawicowe, co raczej zniechęca mnie do angażowania się w polityczną stronę kibicowania (byłoby podobnie gdyby były np. skrajnie lewicowe). Taki trend wynika z historii naszego kraju i w sumie specjalnie nie dziwi. Niektóre wybryki prawicujących ekip stadionowych są dla mnie nie do przyjęcia, ale ogólnie rozumiem takie nastawienie i dopóki nie przekracza ono granic przyzwoitości – toleruję je.  Szczególnie, że jestem kibicem klubu, w którym akurat te tendencje nie są aż tak silne jak w wielu innych.

Środowisko kibicowskie w Polsce w ostatnich latach bardzo się zradykalizowało. Przez długi czas myślałem, że to jakaś naturalna kolej rzeczy, moda, czy co tam jeszcze. Nie próbowałem się zagłębiać w temat. Głębsze wejście w zajawkę kibicowania sprawiło jednak, że zacząłem postrzegać temat inaczej i widzę, że nie miałem racji. Zaczynam rozumieć kibiców z całej Polski, którzy toczą walkę z władzą i mediami. I powoli, zaczynam ich w tej walce wspierać.

W ostatnich miesiącach widziałem i sam doświadczyłem wielu sytuacji, które zmieniły moje widzenie problemu „kiboli”. Przeczytałem też relacje mediów z wydarzeń, w których brałem udział. I te relacje były zazwyczaj papką, medialną nagonką, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.

Dochodzę powoli do wniosku, że ekipa Tuska i sprzyjające jej media wychowali sobie wroga na własne życzenie. Jeszcze kilka lat temu walka z politykami i mediami była domeną tylko najbardziej radykalnych rodzimych ekip, jak np. Legii Warszawa, która ze względu na konflikt z właścicielem (ITI) niejako programowo zwalczała media należące do giganta. Ekipy takie jak Legia, Lech czy Wisła były na medialnym widelcu ze względu na poważne wybryki chuligańskie. Był to jednak margines. Większość „zwykłych” kibiców miała w dupie takie problemy. Większość z nas po prostu zajmowała się kibicowaniem.

Niestety, wojna jaką rząd wydał kibicom przed EURO 2012 i medialny atak na całe środowisko, który nastąpił zaraz po Pucharze Polski w Bydgoszczy (skądinąd, to była naprawdę poważna zadyma, co do tego nie ma wątpliwości) tylko zradykalizował społeczność kibiców. A problemu kibiców nie da się rozwiązać siłowo. Bo kibice to taka najbardziej „polska” (charakterologicznie) tkanka naszego społeczeństwa  jaką sobie można wyobrazić  – uparta, krnąbrna, niepokorna. I dobrze, bo to od zawsze był element polskiej tożsamości. Sarmaci i te sprawy;). Nie chodzi o to, by rozmawiać z przestępcami czy pobłażać komukolwiek. Chodzi o to, by dać tym ludziom się wyrazić i nie zamykać im ust na siłę. Wbrew pozorom to naprawdę duża i nieźle zorganizowana grupa społeczna. Na razie, próbuje się kibiców pacyfikować siłą lub ograniczać ich wolność słowa. Kilka sytuacji które sam widziałem na własne oczy:

1. Zakazy wyjazdowe.

Po pamiętnym Pucharze w Bydgoszczy zakazy wyjazdowe otrzymały niemal wszystkie ekipy w Polsce. Sam zostałem dwukrotnie zatrzymany przez policję w drodze na wyjazd za swoją drużyną w ramach „odpowiedzialności” zbiorowej. I do dziś nie wiem za co. Grupa kibiców z którą podróżowałem była spokojna, nie było też alkoholu i rozrób. Zostaliśmy zatrzymani bo jakiś burak z Lecha Poznań kiedyś rąbnął dziennikarkę.

Ktoś może powiedzieć, że kibice powinni sami oczyszczać swoje szeregi z przestępców i skoro nie potrafią tego robić to przedstawiciele prawa mają prawo zastosować odpowiedzialność zbiorową, by sytuację unormować. Nie zgadzam się i posłużę się przykładem. Czy powinniśmy zabronić wszystkim programistom grzebania w kodzie bo wśród nich są niebezpieczni hakerzy, którzy codziennie dokonują ataków na ważne strony rządowe? Pewnie większość z nas odpowie – nie. Moim zdaniem sprawa ma się podobnie z normalnymi kibicami.

2. Policja – reaktywacja

Na linii kibice – policja nigdy nie było pokojowo. O tym wie każdy. Niemniej ostatnie represje policyjne wycelowane są w ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z chuliganką czy przestępczością stadionową. Dobrym przykładem może tu być ekipa ultras Korony Kielce, która od miesięcy nękana jest przez miejscową policję. Ich jedynym przewinieniem jest to, że przygotowują efektowne oprawy, z których część odnosi się do działań policji:). Ci ludzie tworzą sztukę – każdy kto kiedykolwiek widział przygotowania do olbrzymiej oprawy na całą trybunę wie, że to są artyści a nie przestępcy!

I jeszcze przykład z mojego podwórka. Na wyjeździe w Bełchatowie zostałem zatrzymany przez łódzką policję. Moim przewinieniem było to, że próbowałem ochronić chłopaka z naszej kibicowskiej ekipy, którego potraktowano gazem pieprzowym za to, że chciał iść (w wolnym państwie!) do sklepu spożywczego. Pech chciał, że sklep znajdował się poza strefą wyznaczoną dla nas przez policję – podobno dla naszej ochrony, przed miejscowymi kibicami. Jeśli ochranianie nas oznacza pryskanie człowiekowi w oczy gazem pieprzowym bo chce iść do sklepu, to ja wysiadam i chyba już wolę spotkać miejscowych kibiców. Oni najwyżej sprzedadzą mi liścia. Skończyłem ten wyjazd z mandatami na 500 pln. Za co? Tego do dzisiaj nie wiem. Trzymano nas jak zwierzęta w klatce.

I tu znowu, ktoś kto nie przepada za kibicami pewnie może powiedzieć, że od tego jest prawo, by je egzekwować. Ale co jeśli to prawo jest złe, niedokładne i pokrzywdzeni zostają ludzie, którzy w sumie nic złego nie robią poza tym, że korzystają z wolności słowa albo wolności do chodzenia gdzie im się podoba?

3. Medialne relacje wydarzeń związanych z kibicami

Nie wątpię, że są sytuacje kibicowskie, które wzbudzić mogą tylko uczucie zażenowania. Rasistowskie wybryki, zadymy, demolowanie miasta czy stadionu… I należy o tym głośno mówić. Ale uczestniczyłem w wielu sytuacjach zupełnie normalnych, takich jak przemarsze kibiców na mecz, manifestacje w sprawach związanych z tym czy innym klubem… często głośne, często niepoprawne politycznie, ALE absolutnie zgodne z prawem. Na tym polega do cholery wolność słowa – nie zawsze jest miło i sympatycznie, ale jeśli wszystko mieści się w granicach prawa to nie powinno być problemu. Sytuacje kibicowskie w gruncie rzeczy rzadko wychodzą poza prawo – bardzo często prowokacja następuje ze strony ochrony lub policji, które nie wiedzą jak postępować w danej sytuacji. Wiem bo widziałem na własne oczy.

Ile razy brałem udział w wydarzeniach, które miały charakter piknikowy, a w wieczornych wiadomościach dowiadywałem się, że uczestniczyłem niemal w zlocie przestępców… Stopień zakłamania niektórych mediów (i nie tylko tych, z którymi walczą tradycyjnie kibice) jest czasami szokujący. Wymiana okrzyków staje się „burdą”, rzucanie samolocików z papieru na derbach Warszawy staje się „skandalicznym atakiem” na kibiców drugiej drużyny, a kiedy ochroniarze zabraniają kibicom wniesienia flag klubowych na stadion, okazują się bohaterami, którzy wykryli kibiców „ze sprzętem”… Hmmm…

3. Stadiony to nie miejsce dla polityki?

Nie wiem czy wiecie, ale na polskich stadionach obowiązują nieco inne prawa niż wszędzie indziej w naszym kraju. Ktoś wymyślił sobie na przykład odgórnie, że na stadionie nie powinno być polityki. Kto? Dlaczego? Tego nie wie nikt. Dlaczego niby na stadionach nie powinno być polityki? Czym różnią się stadiony od placów, na których odbywają się manifestacje, czy od auli uniwersytetów, w których odbywają się debaty poglądowe? Mamy wolność słowa, żyjemy w wolnym kraju – dlaczego nie mogę powiedzieć na stadionie tego, co mogę powiedzieć gdzie indziej? Stadiony mają długą tradycję aktywności politycznych. Najlepszym przykładem może tu być Lechia Gdańsk, której stadion był jednym z ważniejszych ośrodków głoszenia wolnej myśli za komuny.

Ostatnie wydarzenia na stadionie Polonii Warszawa pokazują do jak absurdalnych sytuacji dochodzi gdy prawo jest egzekwowane w sposób bezmyślny i pozbawiony wyobraźni.

Na meczu Polonia Warszawa – Śląsk Wrocław, na trybunie „Kamiennej” pojawił się znak, który dość często gości na stadionach rodzimej ekstraklasy. Taki oto znak:

Jak już pisałem, nie jestem zwolennikiem polowania na komunistyczne czarownice, ale jednak ten znak nie jest specjalnie obraźliwy. Szczególnie w Polsce i innych krajach postkomunistycznych, nie powinien nikogo bulwersować. Nie mówiąc już o tym, że komunizm jest uznany w Polsce za reżim zbrodniczy. Zwalczanie go (a tym jest właśnie wywieszenie takiego znaku) powinno raczej zyskać wsparcie ze strony prawa. A że Ci, którzy wieszali ten znak za „komunę” pewnie mieli Tuska, jego ekipę i sprzyjające Platformie media? Trudno. Takie ich demokratyczne prawo.

Co się zdarzyło dalej? O tym już wie cała Polska. Na trybunę wskoczyli rześcy ochroniarze (podobni do tych, którzy na derbach Warszawy również traktowali polonistów gazem pieprzowym) i zdecydowanie wkroczyli do akcji zdejmowania flagi z gniazda. Wkroczyli okaskowani w około 30 chłopa. Wywołało to kompletne wkurwienie spokojnych do tej pory kibiców Polonii, którzy, ni mniej ni więcej, tylko na kopach wysadzili ochroniarzy za bramę. W czasie nieco panicznej ucieczki ochroniarze zaczęli rozpylać gaz pieprzowy. Tym gazem zostały potraktowane między innymi dzieciaki przyprowadzone na swój pierwszy mecz w ramach Akcji Kibic… Po co to było? W czyim interesie? Ochrona bezpieczeństwa? Czyjego?

Na koniec przewidywalna ciekawostka. Delegat z ramienia PZPN, który nakazał tak gwałtowna i bezsensowną interwencję jest… byłym, wysokiej rangi, aparatczykiem PZPR. Zabawne, prawda?

A teraz krótki morał z tej historii.

Jak kończą się nagonki medialne, represje policji i decyzje delegatów, które zamiast rozwiązywać poważny problem przestępczości na stadionach, uderzają w zwykłych kibiców? Otóż kończą się tak: środowiska które są bez przerwy atakowane (w tym wypadku kibice) radykalizują się i jeszcze bardziej jednoczą w walce i nienawiści do medialnego mainstreamu. Ci ibice którzy byli do tej pory neutralni, zaczynają wspierać swoich bardziej radykalnych kolegów widząc co się dzieje.

Najlepszym przykładem jest ten tekst, który rok temu po prostu by nie powstał w mojej głowie. Jako przeciwnik polityki na stadionach nigdy bym się nie zajmował np. flagą antykomunistyczną. Dziś jednak uważam, że coś tu się dzieje nie tak i trzeba o tym głośno mówić. Dlatego nie tylko napisałem ten tekst, ale byłem również jednym z tych którzy w tłumie wyganiali ochronę ze stadionu na K6. I nie wstydzę się tego choć niektórzy mogą uważać, że złamałem prawo… Jeśli złamałem to uważam to za moje prawo do „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Definicję tej postawy sobie wygooglajcie.

„Miej świadomość, możesz robić co chcesz(Kazik Staszewski) – jeśli ten cytat zniknie w ciągu kilku godzin to znaczy, że Kazik nasłał na mnie swoich prawników;)

Wciskanie ludziom wolności na siłę najczęściej kończy się reakcją wymiotną. Podobnie uszczęśliwianie ich na siłę lub umoralnianie na siłę. Nie inaczej wygląda sprawa z uzdrawianiem na siłę. W takich sytuacjach pojawia się zawsze ten kłopotliwy, acz wyraźny problem moralny. Ktoś chce dla nas dobrze, my sami natomiast, uważamy że powinien się raczej odpieprzyć i dać nam święty spokój. I chociaż bywają to sytuacje nieprzyjemne, większość z nas ma na tyle odwagi, by delikatnie danego delikwenta upomnieć i poprosić go o zluzowanie w temacie.

Gorzej kiedy narzucać wolność, uszczęśliwiać i uzdrawiać nas na siłę, pragnie Państwo. Państwo, czyli jakiś bliżej niesprecyzowany organ, składający się z setek tysięcy urzędników, polityków i  decydentów. Sytuacja staje się dla nas groźna. O ile bowiem możemy koledze, którego znamy z twarzy, nazwiska i poglądów, powiedzieć żeby się odpieprzył ze swoją niechcianą pomocą, o tyle w przypadku Państwa sprawa nie jest tak prosta. Bo komu, gdzie i w którym momencie pokazać swoje niezadowolenie? Nad naszym Państwem są zresztą struktury daleko bardziej niejasne i niesprecyzowane dla zwykłego człowieka, jak np. Unia Europejska. Zostajemy więc sami z naszym problemem i z czasem większość z nas przyjmuje postawę bierną, to znaczy przyjmujemy za oczywisty fakt, że w starciu z „systemem” nie mamy nic do powiedzenia.

Ostatnie ruchy władz naszego kraju w kwestii podpisania ACTA, wzbudziły sporo kontrowersji. Jeśli nie dlatego, że sam dokument jest mocno kontrowersyjny, to przynajmniej dlatego, że wyszedł na jaw brak – elementarnej wydawałoby się w systemie demokratycznym – konsultacji społecznej. A jeśli konsultacja to za dużo, już samo wyczucie i znajomość tematu byłyby mile widziane. Niestety.

ACTA to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Dziś dowiaduję się z Dziennika, że będę mógł kupić, wzorem niektórych krajów skandynawskich, alkohol tylko przez osiem godzin dziennie. Mało tego. Tylko w prowadzonych przez Państwo specjalnych „punktach”. Mało tego. Zalecenie płynące z UE zawiera również sugestię, by punkty te znajdowały się na obrzeżach miast. Czyli, w przypadku Warszawy w której mieszkam, pewnie na jakimś totalnym, nieosiągalnym zadupiu. Jak podaje Dziennik, dokument już został zaakceptowany przez wszystkie Państwa członkowskie. Póki co, nie ma mocy, która obligowałaby poszczególne państwa do bezwzględnego wprowadzania jego zapisów. Już wkrótce może to jednak ulec zmianie. A to dlatego, że Komisja Europejska ma wkrótce sformułować nową, w założeniach obligatoryjną, strategię rozwiązywania problemów alkoholowych. Brzmi groźnie.

Co na to państwo Polskie?

– Konsultowaliśmy ten dokument i nie zgłaszaliśmy do niego żadnych uwag. Tym samym uznaliśmy, że wszelkie strategie i działania zmierzające do ograniczenia szkód związanych ze spożyciem alkoholu powinny być rekomendowane do wprowadzenia w państwach europejskich – informuje nas beztrosko rzecznik resortu zdrowia, Agnieszka Gołąbek (za Dziennik.pl)

Ciekawe. Szczególnie podoba mi się fragment dotyczący rekomendacji, a w podtekście – usprawiedliwienia, „wszelkich strategii i działań”, które w założeniu prowadzić mają do zmniejszenia problemów społecznych związanych z pijaństwem. Pani rzecznik i jej mocodawcy w sposób oczywisty uzdrawiają nas na siłę. Nie ma znaczenia czy pijesz wino do obiadu, pijesz okazjonalnie na uroczystościach, czy uchlewasz się codziennie do nieprzytomności. Po co komuś ta, kłopotliwa z perspektywy podejmowania decyzji ogólnych, wiedza. Od tej pory będziesz się musiał się ograniczyć bo ktoś tak zadecydował.

Alkohol w Polsce jest istną plagą, co do tego nie ma dwóch zdań. Zbrodnie popełnione pod jego wpływem stanowią, jak mniemam (bo „twardymi” danymi nie dysponuję), duży procent zbrodni popełnionych w ogóle. Jednak wprowadzenie tak dalece posuniętych rozwiązań jest absurdalne i jest próbą zagarnięcia kolejnego skrawka wolnej przestrzeni publicznej, której i tak jako obywatele, mamy coraz mniej.

Nikt z nas, jak podejrzewam, nie kibicuje pijaństwu i agresji, która jest nim powodowana. Pewnie zgadzamy się co do tego, że osobników stale nadużywających i popełniających rozboje „pod wpływem”, powinno się surowo karać lub – w skrajnych przypadkach – izolować. Problem jest realny, w Polsce widzimy go na każdym kroku. Swego czasu, na warszawskich ulicach pojawiły się malowane białą farbą na ścianach, dramatyczne apele dotyczące alkoholizmu Polaków, które z wypiekami na twarzy obserwowałem w różnych częściach miasta. Wyglądały np. tak:

I chociaż były to dramatyczne działania jakiejś mocno zdeterminowanej duszyczki, to i tak niosły za sobą większy ładunek realnej troski o kondycję narodu niż biurokratyczne sztuczki, które serwuje nam Pani Agnieszka i jej mocodawcy.

To prawda, jesteśmy krajem pijaków, a z alkoholem problem ma lub miał niejeden z nas. Nic jednak nie zastąpi edukacji, zmiany przyzwyczajeń która zaczyna się w domu, w szkole, na podwórku. Zamordyzm rzadko jest najlepszym sposobem na osiągnięcie celu. A na osiągnięcie celu poprawy jakości życia społecznego – prawie nigdy. Jeśli chodzi o stymulowane, sztuczne ograniczenie spożycia alkoholu to kraje skandynawskie, których doświadczenia służą za punkt wyjścia autorom projektu, są tu przykładem mocno kontrowersyjnym. Szwecja z systemem Systembolaget ma na koncie afery korupcyjne (związane z rozwojem szarej strefy) jak i nielegalne szmuglowanie alkoholu np. z Niemiec i Estonii. Nie mówiąc już o tym, że do dzisiaj nie udało się jednoznacznie potwierdzić, czy wprowadzone restrykcje sprzedażowe, rzeczywiście pozytywnie wpłynęły na stan trzeźwości społecznej naszych wikińskich kolegów i koleżanek. Organizacje rządowe przywołują statystyki obwieszczające sukces, niezależne organizacje społeczne wręcz przeciwnie – wskazują na rozwój zachowań sprzyjających pijaństwu. Restrykcje miały jednak na pewno pozytywny wpływ na status kabzy szwedzkiego aparatu państwowego, co do tego nie ma wątpliwości. Pij zatem do woli, ale płać państwu.

Nie uważam, żeby problem sprzedaży alkoholu był w tej chwili jakoś specjalnie najważniejszy i być może robienie zadymy wokół tak przyziemnego tematu jest nieco infantylne. Mimo wszystko, to kolejny już ruch naszego państwa, który wprawia mnie w zakłopotanie. Bo nie wiem komu powiedzieć żeby się ode mnie odpieprzył ze swoją pomocą.

A koniec końców, pijak niech się uchlewa jak lubi – dopóki nie robi tym nikomu krzywdy. A jak robi krzywdę, to jest to temat dla policjanta, a nie urzędnika. Bo po pijaku przyjdzie czas na tego, który lubi się brandzlować w zaciszu domowym, tego który jest hazardzistą, tego który pali (na tych już pojawił się bat). Nie mylmy kreatywnego wspomagania pozytywnych zmian społecznych (to może być rola państwa) z obligatoryjnym do tych zmian przymuszaniem (co nie powinno być rolą nikogo, a tym bardziej aparatu państwowego).

„Believin’ all the lies that they’re tellin’ you
Buyin’ all the products that they’re sellin’ you
They say jump and you say how high
You’re brain-dead
You’ve gotta fuckin’ bullet in your head” (RATM, „Bullet in the Head”)

Mamy rok 2012, a w Polsce odżywa walka z „komuną”.  Na wiecach politycznych, stadionach Ekstraklasy, a nawet na manifestacjach poświęconych walce z ACTA, można usłyszeć hasła wygrzebane żywcem z czasów PRL. Na przykład takie: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Lub takie: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Walka trwa! Wszystko to okraszone jest komentarzami, mniej lub bardziej elokwentnych, ulicznych mądrali, snujących opowieści dotyczące utraty suwerenności państwa Polskiego.

Retoryka „komuny” to oczywiście w naszym kraju rzecz nie nowa i nie powinna wzbudzać większego zdziwienia. W takiej czy innej formie jest obecne w polskim życiu publicznym od lat, a nazwanie kogoś „komunistą” najczęściej bywa zdecydowanym wyrazem braku sympatii. Nic w tym dziwnego bo polska historia określa jasno, kto w czasach minionego ustroju był skurwysynem, a kto walczył o wolność. „Komuna” w wydaniu radzieckim (a więc i ta polska) była BE – co do tego nie ma chyba  żadnych wątpliwości.

Po 10 kwietnia pojęcie nabrało jednak nowych rumieńców i wróciło na salony w świetle jupiterów. I choć fakt ten nie wiąże się bezpośrednio z katastrofą Tu-154, to triumfalny powrót „komuny” jest efektem polaryzacji nastrojów społecznych, która nastąpiła po katastrofie. Jednoczenie, trochę mimochodem i po cichu, nastąpiła społeczna zmiana konotacji tego pojęcia. Przedstawicielem „komuny” staje się dziś np. każdy kto:

1.    nie chciał krzyża na Krakowskim
2.    uważa, że katastrofa Tupolewa to nieszczęśliwy wypadek, a nie spisek
3.    czyta media, których czytać nie wolno, szczególnie GW
4.    ogląda dzieło Szatana, czyli TVN.
5.    ma lewicowe (nie, to nie to samo co komunistyczne) lub liberalne poglądy

Co to ma wszystko wspólnego  z tradycyjnym pojęciem „komuny” jako aparatu represji, zbrodniczego sytemu, którego ideolodzy odpowiadają za śmierć i cierpienie milionów ludzi? –  to ciężko sobie na zdrowy rozum wytłumaczyć.

Za brutalizację języka debaty publicznej odpowiadają oczywiście żenujące intelektualnie środowiska polskiej polityki i mediów. Nie ma wytłumaczenia dla tych ignorantów i populistów. Jest kompletnie nieważne, którą opcję polityczną reprezentują bo tak naprawdę są przedstawicielami tej samej opcji. Opcji Nienawiści. Opcji Wirtualnych Problemów. Robi mi się niedobrze jak oglądam tych baranów. Ale jeszcze gorzej znoszę oglądanie ludzi ślepo podążających za „mądrościami” polityków. Ludzi mieszających pojęcia, zdarzenia historyczne, naciągających fakty byle tylko korespondowały z wyznawaną przez danego delikwenta opcją „prawdy”.

I słyszę wciąż, że w wolnej Polsce mamy „komunę”, drugi stan wojenny, że władza tłamsi wolne media, że wolność słowa jest zagrożona, że Polska to rosyjsko-niemieckie kondominium . Kto napędza te bzdury, te kompletnie oderwane od rzeczywistości brednie?

Kilka prostych faktów, tak dla jasności:

Wolność słowa:

Dzisiaj: W Polsce panuje wolność słowa. Dowodem na to, jest fakt, że każdy może wygadywać bzdury podobne do tych, które opisałem powyżej. Można być za swoje poglądy pozwanym, czasem osądzonym i ukaranym, ale nie idzie się za nie do więzienia z powodów „ideologicznych”, bez procesu, świadków, kolejnych instancji, itd.

Za „komuny”: W Polsce można było trafić do więzienia, np. za kolportowanie tzw. „bibuły”, czyli wolnego słowa właśnie. Wiem, bo mama chowała bibułę w moim wózku niemowlęcym. Niepotrzebny był prawomocny wyrok sądu, a nawet jeśli się pojawiał, to w świetle faktu, że nie istniało coś takiego jak niezawisłe sądy – pełnił funkcję legitymizującą decyzje czysto polityczne.

Wolne media:

Dzisiaj: W Polsce medialnie reprezentowane są niemal wszystkie opcje poglądowe. Od radykalnej lewicy, po radykalną prawicę. Mamy media katolickie, antyklerykalne, anarchistyczne, obywatelskie, narodowe, i tak dalej, i tak dalej. Nikt ich nie zamyka, dopóki nie propagują wprost i literalnie ideologii uznanych w Polsce za zbrodnicze (nomen omen, również komunizmu!). Jeśli nie odpowiadają Ci istniejące media, możesz założyć własne i pisać co Ci ślina na język przyniesie. Czasem media komercyjne padają, ale dzieje się tak nie za sprawą spisków, a np. dlatego że prezentują tak niszowe poglądy, iż mało kto je kupuje. Cóż, jeśli nie jesteś w stanie przekonać dużej grupy ludzi do swoich idei, pozostaje Ci internet/blog – to też jakieś wyjście. Smutnym, ale jednak dowodem wolności słowa jest żenująco niski poziom większości mediów mainstreamowych. No, ale na tym również polega demokracja – głupi mogą mówić głośno.

Za „komuny”: W Polsce Ludowej reprezentowana była tylko jedna opcja poglądowa. Nie było w oficjalnym obiegu pism prawicowych, narodowych, anarchistycznych, czy też ogólnie – niezgodnych z panującą doktryną. Istniały wydawnictwa podziemne, tzw. „drugi obieg” – nie były one jednak legalnie działającymi mediami. Mała różnica w porównaniu z dniem dzisiejszym, prawda?

Polska suwerenność utracona/sprzedana:

Za „komuny”: Polska była w pełni zależna od Związku Radzieckiego. Nawet w okresach tzw. „odwilży” politycznej. Nic dodać, nic ująć.

Dzisiaj: Polska jest niezależnym Państwem, które znajduje się w strukturach Unii Europejskiej. Obecność w tych strukturach oceniana jest różnie, do czego każdy ma prawo. Obecność ta wiąże się rzeczywiście z niepełnym realizowaniem naszych interesów politycznych i gospodarczych. Nasze interesy i potrzeby państwowe ścierają się z interesami i potrzebami innych krajów, często silniejszych gospodarczo od Polski. To owocuje przykrymi sytuacjami, w których Polska musi często podporządkować się w sprawach kluczowej wagi. Póki jesteśmy w strukturach UE takie sytuacje będą się przytrafiać (nie tylko nam). Dla przypomnienia, jesteśmy w tych strukturach z mocy wyboru społecznego w referendum akcesyjnym – nie przez „komunę”. Niemcy i Rosjanie dbają o swoje interesy, co czasem oznacza że dostajemy kopa w dupę – ale dostajemy tego kopa jako suwerenne Państwo, a nie satelita Moskwy czy Berlina.

Część osób być może przeżywa w tej chwili jakiś szok intelektualny. A to przecież wszystko takie proste jest – „Komuna” jest tylko w Twojej głowie.

Łatwiej jest krzyknąć „komuna” lub nazwać kogoś lewakiem, tylko dlatego, że nie dzieli naszych poglądów, niż zaproponować jakąś spójną wizję rzeczywistości. Tak samo jak łatwo jest nazwać każdego, nawet najbardziej umiarkowanego człowieka prawicy, faszystą lub nacjonalistą. Policjanta „esesmanem”, kibica „kibolem”, a geja „pedałem”. Co przynosi taka wizja relacji społecznych? Konflikt. Polska jest w tej chwili w momencie, w którym konflikt jest najprostszą i najbardziej medialną formą wypowiedzi społecznej. Co więcej, retoryka konfliktowa czasami bywa potrzebna w procesie rozwoju społecznego. Tak samo jak obywatelskie nieposłuszeństwo wobec prawa, które nie nadąża za potrzebami obywateli.  Niemniej, wieczny konflikt bez nastawienia na jakikolwiek dialog jest siłą czysto destrukcyjną.

Umoczeni są politycy, „eksperci”, ale i dziennikarze. Każdej zasranej opcji, która w założeniu zwalcza inne opcje bez żadnej refleksji. Na końcu zaś, umoczeni jesteśmy MY wszyscy. My wszyscy, którzy dajemy tym idiotom kredyt zaufania, my wszyscy, którzy przenosimy ich małe, żałosne konflikty na nasze relacje z innymi ludźmi. My wszyscy, którzy zamiast myśleć za siebie, pozwalamy się kierować poszczególnym opcjom politycznym i ideologiom. Zatem, tak naprawdę, to my powinniśmy się wstydzić, nie oni. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla naszej, społecznej drętwoty intelektualnej, dla naszego lenistwa umysłowego.

Po którejkolwiek stronie stoisz, jeśli pozwalasz innym mówić Ci jak wygląda świat – to przegrałeś. Czytaj tylko jeden rodzaj gazet, słuchaj tylko proroków jednej opcji i jesteś pozamiatany.