Archive for the ‘Media’ Category

„I never look at fashion magazines. I find them incredibly boring.”

Vivienne Westwood

Odkąd pamiętam, „świat mody” kojarzył mi się mało pozytywnie, a już na pewno te skojarzenia nie dryfowały w stronę intelektualnych wyżyn. Chyba zaczęło się od mojej koleżanki z liceum, Magdy, która na klasową wyprawę w Tatry wybrała się w szpilkach. Kosztowało ją to wiele bólu, a resztę wycieczki kilka godzin słuchania jej narzekań. Myślę, że wyniosła z tego jakąś naukę. Podejrzewam, że jak większość z nas, na następną wyprawę w góry wybrała się w trepach, albo przynajmniej w jakimś płaskim obuwiu. To historia trochę anegdotyczna i chyba dość trafnie podsumowująca pewne irytujące cechy ludzi przesadnie modnych. Każdy z nas chce jakoś fajnie wyglądać, ale jednak nie każdy zakłada szpilki idąc w góry.

O pewnych brakach intelektualnych szeroko pojętego środowiska związanego z modą słychać nie od dziś. Głośny był jakiś czas temu program telewizyjny obnażający brak wiedzy części blogerów modowych. Wtedy „modni” bronili się, że to prowokacja, że osoby są podstawione i że to niesprawiedliwy atak na całą branżę. Może i tak było, nie wiem. Wiem natomiast co stało się dzisiaj…

Znany magazyn „modowy” Glamour zapowiedział okładkę nowego numeru. A na niej reklama artykułu „Modne rewolucjonistki na Majdanie”. Czyli już mocno niepokojąca sytuacja. Okładka dość szybko zdobyła „internety”, czemu trudno się dziwić. Zestawienie czegoś tak błahego jak moda, z czymś tak doniosłym jak śmierć i bratobójcze starcia Ukraińców, musi budzić podejrzenia. W ostatnich dniach o rewolucji na Ukrainie mówią i kibicują nawet ludzie, którzy wcześniej nie interesowali się Euromajdanem i polityką w ogóle. Jak się okazało, okładka to tylko wierzchołek góry lodowej. Wisienka będąca niczym w porównaniu do tortu na jakim się znalazła, czyli reklamowanego artykułu.

To, co przeczytałem w tym tekście wywołało szok mój i chyba nie tylko mój (sądząc po komentarzach, które od kilku godzin wręcz zalewają facebookowy profil glamour.pl). W skrócie, napisała go ukraińska „dziennikarka modowa”, której zamiast na narty w Alpy zamarzyło się zobaczyć jak to jest na barykadach rewolucji. Sam zamysł całkiem szlachetny, ale to w jaki sposób ta biedna dziewczyna opisuje swój udział i pomoc ludziom na Majdanie, przekracza wszelkie pojęcie i mówi bardzo dużo o tym, jak oderwane od rzeczywistości jest środowisko mody. Bo całą sprawę można rozciągnąć na środowisko a nie na jedną dziewczynę, jeśli tak karygodny artykuł zostaje wydrukowany w dużym magazynie o modzie i nie znajduje się w redakcji tego magazynu ani jedna ogarnięta osoba, która by go zatrzymała. Pozwólmy zatem mówić autorce, niejakiej Olence:

–  „Oczywiście na początku zastanawiałam się, jak mam się ubrać, idąc na Majdan. Wiesz, takie typowe rozterki fashionistki. Później zdałam sobie sprawę, że najważniejsze przecież, żeby było mi ciepło. Termiczna bielizna Uniqlo, którą niedawno kupiłam, okazała się wprost idealna na Majdan, a nie – jak wcześniej myślałam – wypad na narty w Alpy.”

– „(…)ale gdy w nocy oglądasz zdjęcia z ataku Berkutu (jednostka specjalna ukraińskiej milicji) na rewolucjonistów, to po prostu nie jesteś w stanie rano wrzucić na swojego walla looku z wybiegu”

– „Kiedy wchodzisz na teren Majdanu, który wyznaczają potężne barykady z worków wypełnionych śniegiem (niesamowity pomysł „Do it yourself”!), masz wrażenie, jakbyś znalazła się w bajce z XXI wieku.”

– „Byłam dumna, że wreszcie mogę zrobić dla Majdanu coś pożytecznego, ale moja próżność podpowiadała mi, że roznoszenie kanapek to nie jest odpowiednie zajęcie dla dziennikarki modowej. Społecznikowska postawa wzięła jednak górę i ostatecznie nawet zgodziłam się pozować do zdjęcia, jak wydaję prostestującym talerze z gryką. „

Czy trzeba coś dodawać, tłumaczyć? Wszystko widać jak na dłoni. Komentarze, które można znaleźć pod tym artykułem są bardzo brutalne. I jest ich bardzo dużo. Wcale mnie to nie dziwi, bo na naszych oczach dokonuje się jakieś kompletne przewartościowanie symboli i znaczeń. Tylko wczoraj zginęło ponad 70 osób w starciach. Jak można zestawiać śmierć, cierpienie, krew, z językiem „fashion”? Jak można to potem wydrukować i jeszcze bronić gdy ludzie zwracają uwagę na niestosowność takiej publikacji (to robi teraz redakcja na swoim profilu). Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, by napisać i wydrukować taki tekst. Nie wiem z jakiego świata trzeba być człowiekiem.

Redakcja Glamour broni się mówiąc, że numer poszedł do druku zanim na Majdanie zaczęły się najbardziej krwawe starcia. NIE KUPUJĘ TEGO TŁUMACZENIA. Po pierwsze, starcia i śmierć na Majdanie miały miejsce już od pewnego czasu. Zanim zaczęła się jatka ostatnich dni, w Kijowie zabito już kilkanaście osób. To nie dało do myślenia „szpilkom na Giewoncie”, naszym modowym mądralom? Zresztą, jakie to ma znaczenie? Nawet gdyby nie było żadnej ofiary śmiertelnej, taki artykuł – banalizujący doświadczenie ludzi protestujących od miesięcy na Majdanie – nie powinien się ukazać. Co więcej, redakcja nadal trzyma ten artykuł w sieci, bo wie że podbija im to oglądalność, wedle durnej i nieprawdziwej „prawdy” marketingowej mówiącej, że nie ważne jak mówią, byle mówili. Zero refleksji.

No cóż, mam nadzieję, że tym razem ważne jak mówią. I mam nadzieję, że będzie to początek końca tego pisma. A redaktor naczelna może następnym razem pójdzie w góry w trepach, a nie w szpilkach.

„REFREN MUSI MIEĆ SCHLACKWORT!
CZYLI LA LA LA LA LA LA LA LA.” (cytat z maila wydawcy xxx, zachowana oryginalna pisownia)

Śpiewam w zespole, piszę piosenki. W tekstach, które również piszę sam, wyrażam to, co czuję lub przekazuję moje poglądy na różne tematy. Moje własne. Nie wiem czy to czyni mnie artystą, twórcą czy może jakąś inną, bliżej nie sprecyzowaną, „jednostką artystyczną”. W każdym razie nie czuję się towarem, produktem, odtwórcą, zabawiaczem. To, że ktoś płaci mi za płytę „Achtung, Polen!” czy koncert Skowytu  jest jego wolnym wyborem, tak jak moim wolnym wyborem jest nagranie takiej, a nie innej płyty (za swoje i kolegów pieniądze) oraz granie takich koncertów jakie nam się grać podoba.

Przy takim założeniu mogłoby się wydawać, że i ja i Skowyt jesteśmy tzw. artystami niezależnymi. W końcu robimy, co chcemy.  Niestety. W tym naszym wymarzonym ogródku wolności artystycznej jest jeden chwast – „wydawanie płyt”.  W tradycyjnym ujęciu jest to po prostu tłoczenie, wpychanie do sklepów i promowanie swoich płyt. Czynności te w oczach wielu artystów jawią się jako mityczne przeszkody nie do przejścia…

Dlatego większość muzyków, których znam, po wielu próbach samodzielnego zaistnienia (lub nie), wybiera jednak model „tradycyjny” i zaczyna szukać wydawcy, który te „straszne” przeszkody pomoże im pokonać. Szukanie wydawcy to  nieco upokarzające zajęcie, które każdego  może wpędzić w depresję. Często musisz tłumaczyć się ze swojej sztuki i przekonywać kogoś o jej wartości. Niemniej, znacznie gorzej bywa kiedy się owego wydawcę już znajdzie. Historia Skowytu nie jest wyjątkiem w tym względzie.

Jako zespół z definicji niezależny, płytę „Achtung, Polen!” nagraliśmy własnymi środkami. Chcieliśmy mieć pełną kontrolę nad tym co i jak gramy. Nie chcieliśmy od potencjalnego wydawcy pieniędzy na nagranie krążka bo prowadzi to do wynaturzeń i daje mu prawo wpływania na naszą muzykę. Nie chcieliśmy być dłużnikami w swojej własnej twórczości. Dlatego nagraliśmy album samodzielnie i uderzaliśmy do wydawców z pełnym pakietem: nagrana płyta, singiel i gotowy projekt oprawy graficznej.

Jak się okazało, odzew był całkiem spory. Kilka wydawnictw było zainteresowanych płytą. Nie mieliśmy zresztą Bóg wie jakich wymagań. Ani nie chcieliśmy kasy, ani wielkiego marketingu. To, czego potrzebowaliśmy to absolutne minimum jakiego można spodziewać się u wydawcy, czyli: dystrybucja w sklepach, wytłoczenie krążka i wysłanie płyty do mediów. Absolutne, kurwa, minimum.

Okazało się, że zainteresowana jest nami jedna z czołowych tzw. wytwórni niezależnych. Taka, w której wydają się „gwiazdy” każdego Woodstocka, Jarocina itp. Zajarani byliśmy nieziemsko. Wydawało nam się, że oto znaleźliśmy miejsce dla siebie. Wydawca z „tradycjami”, zasłużony dla rynku. Przed podpisaniem kontraktu byliśmy przez niego kuszeni wizjami zajebistej promocji, słuchaliśmy opowieści ile to mamy zajebistych hitów na naszej płycie. Nawet najbardziej zdystansowany artysta by się spuścił z radości. Spuściliśmy się i my, frajerzy. 3 dni po podpisaniu kontraktu skończył się seks i majty trzeba było włożyć na dupę. Usłyszeliśmy, że na płycie brakuje hitów, że trzeba zrobić nowy singiel i ogólnie tu jeszcze sporo brakuje. Coś zabolało mnie mocno w dupie.

Kolejne 6 miesięcy sprawiło, że znienawidziliśmy „naszego” wydawcę. Dziś pluję sobie w brodę, że tak długo w ogóle się z nim bujaliśmy. Prawda jest taka, że podpisaliśmy śmieciową umowę, pozbawiającą nas praw niemal do wszystkiego. W zamian za co? Za mityczne „wsparcie” wydawcy. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia. Żadnego, kurwa. Spotykaliśmy się z legendarnym właścicielem naszej wytwórni, który serwował nam mieszankę swoistej filozofii Zen, bujania w obłokach i kompletnego zera konkretów. Do tego cały czas wywierał na nas naciski twórcze. Zażyczył sobie „hita” do RMF’u. Do dziś mam maila, w którym wydawca tłumaczy mi jak się robi hity. Z litości nie upubliczniam go bo jest to bełkot jakich mało, godny szefa wytwórni disco polo. W skrócie, oto co udało nam się „osiągnąć” przez sześć miesięcy współpracy (cały czas z gotową płytą):

  1. Nigdy nie udało się ustalić przybliżonego terminu wydania płyty.
  2. Nie dostaliśmy żadnego wsparcia medialnego. Ba, nie było nawet pomysłów wsparcia.
  3. Dowiedzieliśmy się jak powinno się robić hity (że np. w refrenie powinno być „lalalalala” – to cytat ze wspomnianego maila).
  4. Oddaliśmy prawa do niemal wszystkiego za NIC (umowa).
  5. Odbyliśmy kilka kompletnie bezproduktywnych spotkań z wydawcą, w czasie których dowiedzieliśmy się np. że mamy w sobie „wewnętrzną anarchię”.

Unieśliśmy się dumą i postanowiliśmy zerwać kontrakt. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Zamiast jednak szukać alternatywnych form wydawania swojej muzyki, nadal byliśmy mentalnie niepełnosprawni i koniecznie (nie wiadomo po jaki chuj) musieliśmy szukać kolejnego wydawcy. Po co? Nie wiem. Znaleźliśmy go bardzo szybko bo po kilku dniach. Facet prowadzący interes okazał się bardzo sympatycznym gościem. Wzbudził nasze zaufanie. Zresztą nasze oczekiwania spadły jeszcze niżej niż w przypadku poprzedniego mistrza Zen. Oczekiwaliśmy tylko wytłoczenia i dystrybucji płyty. Niestety człowiek ten, poza byciem sympatycznym, okazał się również kompletnie niezaradny.

Nie chce mi się rozpisywać, podam tylko kilka sytuacji powstałych w wyniku tej owocnej współpracy:

  1. Płyta „Achtung, Polen!” miała swoją oficjalną premierę w grudniu 2011 roku. W wielu największych sklepach pojawiła się dopiero pół roku później.
  2. Musieliśmy dogadać się z zewnętrzną agencją dystrybucyjną, by płyty w ogóle trafiły do Empików. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
  3. Empik wziął kilkadziesiąt sztuk na całą Polskę (wow!)
  4. Okładka płyty została źle wydrukowana przez drukarnię. Nasz wydawca nie kiwnął palcem.
  5. Nasz wydawca zgubił 300 okładek do płyt.

I tak dalej, i tak dalej.

Mylisz się jednak jeśli myślisz, że w tym tekście zmierzam do zmieszania z błotem wydawców. Nie, zupełnie nie. Dlatego nie podaję nazw wytwórni ani ludzi, o których tu mowa (choć każdy zainteresowany Skowytem dobrze wie o kogo chodzi). Uważam, że problem leży zupełnie gdzie indziej.

Wielu muzyków w tym kraju ma nasrane we łbach i nic nie rozumieją. Są w idiotami, bezmózgimi leszczami, którzy nie potrafią dbać o swoje interesy. Dają się dymać przy każdej okazji. Dymają nas wszyscy. Wydawcy podpisując z nami złodziejskie umowy i olewając swoje obowiązki. Organizatorzy koncertów, którzy mają hajs dla szatniarza, łebka na bramce i akustyka, ale muzykowi proponują granie za piwo. Zdarza się, że dymają nas nawet fani – ostatnio dwie dziewczyny ukradły naszą płytę z koncertowego stoiska i kiedy złapaliśmy je na tym, strzeliły focha mówiąc, że w zasadzie to one pierdolą naszą  muzykę i mogą oddać jak tak bardzo nam na niej zależy… Masz ochotę powiedzieć tym wszystkim ludziom „wypierdalać”. Ale większość z nas daje się dalej rżnąć bo tak nas wychował rynek estrady i rozrywki.

Jest mi źle z tym, że jako Skowyt daliśmy się wpierdolić w ten sam schemat i nie wykazaliśmy się zdrowym rozsądkiem. I tak mamy więcej farta niż wielu naszych kolegów bo nasza muzyka i nasza płyta została jakoś tam zauważona, nawet pomimo kompletnej indolencji i ignorancji wydawców. Mimo wszystko, byliśmy frajerami.

Dlatego tytułowym chwastem, którego trzeba wyrwać, nie jest wydawca. Jest nim czołobitne i poddańcze nastawienie muzyków wobec tego całego zasranego biznesu. Jesteśmy jak dzieci, które potrzebują taty, który prowadzi je za rękę. Ja właśnie chyba dorosłem. I zamierzam tworzyć na własnych warunkach. A jeśli kiedykolwiek uścisnę grabę z jakimkolwiek wydawcą to na zasadzie koleżeńskiej, a nie z pozycji dziecka potrzebującego „wsparcia”.

Od lat medialni „mędrcy” mówią, że Internet dał muzykom możliwość wyrwania się z łańcuchów skostniałych wydawnictw płytowych. Że nareszcie mogą tworzyć bez pośredników, dla ludzi. Że mogą zarabiać na swojej twórczości bez dzielenia się zyskami z wydawcą. W praktyce okazuje się, że nie jest to jednak takie proste. Szczególnie w takim kraju jak Polska, gdzie nadal wiele osób kupuje płyty w sklepach, albo nie kupuje ich wcale. Gdzie rynek ogólnie jest chujowy. Gdzie żeby zabłysnąć trzeba być bratem Figo Fago nawiązującym do discopolowych sentymentów, mieć wielkie cyce, albo robić komuś loda. Żeby wydać płytę samemu i ją wypromować porządnie albo trzeba być już artystą w miarę uznanym (czyt. takim który wzbudza szerokie zainteresowanie), albo być naprawdę, naprawdę kumatym jeśli chodzi o zrozumienie nowych trendów w social media. Nie mówiąc już o tym, że w internecie mało kto chce za coś płacić, a już najmniej za płyty mało znanych zespołów;).

Mimo to, trzeba walczyć. To jest nasza sztuka, nasza muzyka. Więc jeśli nie masz jaj, by zająć się nią na poważnie to może lepiej odpuść. Promowanie i wydawanie płyt samemu jest kurewsko ciężkim procederem, ale co masz do stracenia? Co daje Ci ten zasrany wydawca poza jakimś złudnym poczuciem bezpieczeństwa? Kilkadziesiąt/kilkaset płyt w sklepach, w których sprzedaż i tak leży? Wysłanie Twojej płyty do dziennikarzy, których i tak sam możesz poznać i sam im swoją zasraną muzykę wysłać?

Od kolegów słyszę, że zdarzają się porządni wydawcy. Jeśli tacy są i robią swoją robotę, to super. Nie mówię, że nigdy w życiu moja noga nie postanie u żadnego z nich. Ale na pewno nie dam się już tak ładować jak to miało miejsce w przypadku pierwszej płyty Skowytu. Amen.

„To jest wrogi świat, nastawionych wrogo
Patrzą z zawiścią na nasze logo
Ups…znów chybiłeś śmieciu
Każdy twój ruch z łatwością mogę przeczuć” (Molesta, „Wróg”)

Jestem kibicem piłki nożnej. Ze względu na różne zajścia w jakich brałem udział (nic bardzo poważnego, ale zdarzały mi się przepychanki z policją, „wymiany zdań” z kibicami drużyn przeciwnych, włażenie na płot;);), ktoś mógłby mnie nazwać „kibolem”. Daleko mi do wizerunku łysego karka, ale lubię adrenalinę, lubię jak się coś dzieje. Poza tym, stadiony to jedne z ostatnich miejsc w tym kraju gdzie można się wykrzyczeć, odreagować cały tydzień czy rzucić głośno „kurwą”. A tego każdy normalny facet czasem potrzebuje. Dlatego lubię tę atmosferę wolności, lekkiej chuliganki i napinki.

Należę do grupy kibiców, którzy nie są zaangażowani politycznie. Nie interesowałem się nigdy kibicowską walką z „komuną” bo – jak już napisałem w jednym z poprzednich wpisów – moim zdaniem w Polsce nie ma żadnej „komuny”. Nie zagłębiałem się w rozkminki historyczne w kontekście piłki nożnej bo najzwyczajniej w świecie wolę podrzeć ryja na trybunie niż bawić się na niej w politykę.

Polskie stadiony są dość mocno prawicowe, co raczej zniechęca mnie do angażowania się w polityczną stronę kibicowania (byłoby podobnie gdyby były np. skrajnie lewicowe). Taki trend wynika z historii naszego kraju i w sumie specjalnie nie dziwi. Niektóre wybryki prawicujących ekip stadionowych są dla mnie nie do przyjęcia, ale ogólnie rozumiem takie nastawienie i dopóki nie przekracza ono granic przyzwoitości – toleruję je.  Szczególnie, że jestem kibicem klubu, w którym akurat te tendencje nie są aż tak silne jak w wielu innych.

Środowisko kibicowskie w Polsce w ostatnich latach bardzo się zradykalizowało. Przez długi czas myślałem, że to jakaś naturalna kolej rzeczy, moda, czy co tam jeszcze. Nie próbowałem się zagłębiać w temat. Głębsze wejście w zajawkę kibicowania sprawiło jednak, że zacząłem postrzegać temat inaczej i widzę, że nie miałem racji. Zaczynam rozumieć kibiców z całej Polski, którzy toczą walkę z władzą i mediami. I powoli, zaczynam ich w tej walce wspierać.

W ostatnich miesiącach widziałem i sam doświadczyłem wielu sytuacji, które zmieniły moje widzenie problemu „kiboli”. Przeczytałem też relacje mediów z wydarzeń, w których brałem udział. I te relacje były zazwyczaj papką, medialną nagonką, która nie miała nic wspólnego z rzeczywistością.

Dochodzę powoli do wniosku, że ekipa Tuska i sprzyjające jej media wychowali sobie wroga na własne życzenie. Jeszcze kilka lat temu walka z politykami i mediami była domeną tylko najbardziej radykalnych rodzimych ekip, jak np. Legii Warszawa, która ze względu na konflikt z właścicielem (ITI) niejako programowo zwalczała media należące do giganta. Ekipy takie jak Legia, Lech czy Wisła były na medialnym widelcu ze względu na poważne wybryki chuligańskie. Był to jednak margines. Większość „zwykłych” kibiców miała w dupie takie problemy. Większość z nas po prostu zajmowała się kibicowaniem.

Niestety, wojna jaką rząd wydał kibicom przed EURO 2012 i medialny atak na całe środowisko, który nastąpił zaraz po Pucharze Polski w Bydgoszczy (skądinąd, to była naprawdę poważna zadyma, co do tego nie ma wątpliwości) tylko zradykalizował społeczność kibiców. A problemu kibiców nie da się rozwiązać siłowo. Bo kibice to taka najbardziej „polska” (charakterologicznie) tkanka naszego społeczeństwa  jaką sobie można wyobrazić  – uparta, krnąbrna, niepokorna. I dobrze, bo to od zawsze był element polskiej tożsamości. Sarmaci i te sprawy;). Nie chodzi o to, by rozmawiać z przestępcami czy pobłażać komukolwiek. Chodzi o to, by dać tym ludziom się wyrazić i nie zamykać im ust na siłę. Wbrew pozorom to naprawdę duża i nieźle zorganizowana grupa społeczna. Na razie, próbuje się kibiców pacyfikować siłą lub ograniczać ich wolność słowa. Kilka sytuacji które sam widziałem na własne oczy:

1. Zakazy wyjazdowe.

Po pamiętnym Pucharze w Bydgoszczy zakazy wyjazdowe otrzymały niemal wszystkie ekipy w Polsce. Sam zostałem dwukrotnie zatrzymany przez policję w drodze na wyjazd za swoją drużyną w ramach „odpowiedzialności” zbiorowej. I do dziś nie wiem za co. Grupa kibiców z którą podróżowałem była spokojna, nie było też alkoholu i rozrób. Zostaliśmy zatrzymani bo jakiś burak z Lecha Poznań kiedyś rąbnął dziennikarkę.

Ktoś może powiedzieć, że kibice powinni sami oczyszczać swoje szeregi z przestępców i skoro nie potrafią tego robić to przedstawiciele prawa mają prawo zastosować odpowiedzialność zbiorową, by sytuację unormować. Nie zgadzam się i posłużę się przykładem. Czy powinniśmy zabronić wszystkim programistom grzebania w kodzie bo wśród nich są niebezpieczni hakerzy, którzy codziennie dokonują ataków na ważne strony rządowe? Pewnie większość z nas odpowie – nie. Moim zdaniem sprawa ma się podobnie z normalnymi kibicami.

2. Policja – reaktywacja

Na linii kibice – policja nigdy nie było pokojowo. O tym wie każdy. Niemniej ostatnie represje policyjne wycelowane są w ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z chuliganką czy przestępczością stadionową. Dobrym przykładem może tu być ekipa ultras Korony Kielce, która od miesięcy nękana jest przez miejscową policję. Ich jedynym przewinieniem jest to, że przygotowują efektowne oprawy, z których część odnosi się do działań policji:). Ci ludzie tworzą sztukę – każdy kto kiedykolwiek widział przygotowania do olbrzymiej oprawy na całą trybunę wie, że to są artyści a nie przestępcy!

I jeszcze przykład z mojego podwórka. Na wyjeździe w Bełchatowie zostałem zatrzymany przez łódzką policję. Moim przewinieniem było to, że próbowałem ochronić chłopaka z naszej kibicowskiej ekipy, którego potraktowano gazem pieprzowym za to, że chciał iść (w wolnym państwie!) do sklepu spożywczego. Pech chciał, że sklep znajdował się poza strefą wyznaczoną dla nas przez policję – podobno dla naszej ochrony, przed miejscowymi kibicami. Jeśli ochranianie nas oznacza pryskanie człowiekowi w oczy gazem pieprzowym bo chce iść do sklepu, to ja wysiadam i chyba już wolę spotkać miejscowych kibiców. Oni najwyżej sprzedadzą mi liścia. Skończyłem ten wyjazd z mandatami na 500 pln. Za co? Tego do dzisiaj nie wiem. Trzymano nas jak zwierzęta w klatce.

I tu znowu, ktoś kto nie przepada za kibicami pewnie może powiedzieć, że od tego jest prawo, by je egzekwować. Ale co jeśli to prawo jest złe, niedokładne i pokrzywdzeni zostają ludzie, którzy w sumie nic złego nie robią poza tym, że korzystają z wolności słowa albo wolności do chodzenia gdzie im się podoba?

3. Medialne relacje wydarzeń związanych z kibicami

Nie wątpię, że są sytuacje kibicowskie, które wzbudzić mogą tylko uczucie zażenowania. Rasistowskie wybryki, zadymy, demolowanie miasta czy stadionu… I należy o tym głośno mówić. Ale uczestniczyłem w wielu sytuacjach zupełnie normalnych, takich jak przemarsze kibiców na mecz, manifestacje w sprawach związanych z tym czy innym klubem… często głośne, często niepoprawne politycznie, ALE absolutnie zgodne z prawem. Na tym polega do cholery wolność słowa – nie zawsze jest miło i sympatycznie, ale jeśli wszystko mieści się w granicach prawa to nie powinno być problemu. Sytuacje kibicowskie w gruncie rzeczy rzadko wychodzą poza prawo – bardzo często prowokacja następuje ze strony ochrony lub policji, które nie wiedzą jak postępować w danej sytuacji. Wiem bo widziałem na własne oczy.

Ile razy brałem udział w wydarzeniach, które miały charakter piknikowy, a w wieczornych wiadomościach dowiadywałem się, że uczestniczyłem niemal w zlocie przestępców… Stopień zakłamania niektórych mediów (i nie tylko tych, z którymi walczą tradycyjnie kibice) jest czasami szokujący. Wymiana okrzyków staje się „burdą”, rzucanie samolocików z papieru na derbach Warszawy staje się „skandalicznym atakiem” na kibiców drugiej drużyny, a kiedy ochroniarze zabraniają kibicom wniesienia flag klubowych na stadion, okazują się bohaterami, którzy wykryli kibiców „ze sprzętem”… Hmmm…

3. Stadiony to nie miejsce dla polityki?

Nie wiem czy wiecie, ale na polskich stadionach obowiązują nieco inne prawa niż wszędzie indziej w naszym kraju. Ktoś wymyślił sobie na przykład odgórnie, że na stadionie nie powinno być polityki. Kto? Dlaczego? Tego nie wie nikt. Dlaczego niby na stadionach nie powinno być polityki? Czym różnią się stadiony od placów, na których odbywają się manifestacje, czy od auli uniwersytetów, w których odbywają się debaty poglądowe? Mamy wolność słowa, żyjemy w wolnym kraju – dlaczego nie mogę powiedzieć na stadionie tego, co mogę powiedzieć gdzie indziej? Stadiony mają długą tradycję aktywności politycznych. Najlepszym przykładem może tu być Lechia Gdańsk, której stadion był jednym z ważniejszych ośrodków głoszenia wolnej myśli za komuny.

Ostatnie wydarzenia na stadionie Polonii Warszawa pokazują do jak absurdalnych sytuacji dochodzi gdy prawo jest egzekwowane w sposób bezmyślny i pozbawiony wyobraźni.

Na meczu Polonia Warszawa – Śląsk Wrocław, na trybunie „Kamiennej” pojawił się znak, który dość często gości na stadionach rodzimej ekstraklasy. Taki oto znak:

Jak już pisałem, nie jestem zwolennikiem polowania na komunistyczne czarownice, ale jednak ten znak nie jest specjalnie obraźliwy. Szczególnie w Polsce i innych krajach postkomunistycznych, nie powinien nikogo bulwersować. Nie mówiąc już o tym, że komunizm jest uznany w Polsce za reżim zbrodniczy. Zwalczanie go (a tym jest właśnie wywieszenie takiego znaku) powinno raczej zyskać wsparcie ze strony prawa. A że Ci, którzy wieszali ten znak za „komunę” pewnie mieli Tuska, jego ekipę i sprzyjające Platformie media? Trudno. Takie ich demokratyczne prawo.

Co się zdarzyło dalej? O tym już wie cała Polska. Na trybunę wskoczyli rześcy ochroniarze (podobni do tych, którzy na derbach Warszawy również traktowali polonistów gazem pieprzowym) i zdecydowanie wkroczyli do akcji zdejmowania flagi z gniazda. Wkroczyli okaskowani w około 30 chłopa. Wywołało to kompletne wkurwienie spokojnych do tej pory kibiców Polonii, którzy, ni mniej ni więcej, tylko na kopach wysadzili ochroniarzy za bramę. W czasie nieco panicznej ucieczki ochroniarze zaczęli rozpylać gaz pieprzowy. Tym gazem zostały potraktowane między innymi dzieciaki przyprowadzone na swój pierwszy mecz w ramach Akcji Kibic… Po co to było? W czyim interesie? Ochrona bezpieczeństwa? Czyjego?

Na koniec przewidywalna ciekawostka. Delegat z ramienia PZPN, który nakazał tak gwałtowna i bezsensowną interwencję jest… byłym, wysokiej rangi, aparatczykiem PZPR. Zabawne, prawda?

A teraz krótki morał z tej historii.

Jak kończą się nagonki medialne, represje policji i decyzje delegatów, które zamiast rozwiązywać poważny problem przestępczości na stadionach, uderzają w zwykłych kibiców? Otóż kończą się tak: środowiska które są bez przerwy atakowane (w tym wypadku kibice) radykalizują się i jeszcze bardziej jednoczą w walce i nienawiści do medialnego mainstreamu. Ci ibice którzy byli do tej pory neutralni, zaczynają wspierać swoich bardziej radykalnych kolegów widząc co się dzieje.

Najlepszym przykładem jest ten tekst, który rok temu po prostu by nie powstał w mojej głowie. Jako przeciwnik polityki na stadionach nigdy bym się nie zajmował np. flagą antykomunistyczną. Dziś jednak uważam, że coś tu się dzieje nie tak i trzeba o tym głośno mówić. Dlatego nie tylko napisałem ten tekst, ale byłem również jednym z tych którzy w tłumie wyganiali ochronę ze stadionu na K6. I nie wstydzę się tego choć niektórzy mogą uważać, że złamałem prawo… Jeśli złamałem to uważam to za moje prawo do „obywatelskiego nieposłuszeństwa”. Definicję tej postawy sobie wygooglajcie.

„Believin’ all the lies that they’re tellin’ you
Buyin’ all the products that they’re sellin’ you
They say jump and you say how high
You’re brain-dead
You’ve gotta fuckin’ bullet in your head” (RATM, „Bullet in the Head”)

Mamy rok 2012, a w Polsce odżywa walka z „komuną”.  Na wiecach politycznych, stadionach Ekstraklasy, a nawet na manifestacjach poświęconych walce z ACTA, można usłyszeć hasła wygrzebane żywcem z czasów PRL. Na przykład takie: „Raz sierpem, raz młotem, czerwoną hołotę”. Lub takie: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Walka trwa! Wszystko to okraszone jest komentarzami, mniej lub bardziej elokwentnych, ulicznych mądrali, snujących opowieści dotyczące utraty suwerenności państwa Polskiego.

Retoryka „komuny” to oczywiście w naszym kraju rzecz nie nowa i nie powinna wzbudzać większego zdziwienia. W takiej czy innej formie jest obecne w polskim życiu publicznym od lat, a nazwanie kogoś „komunistą” najczęściej bywa zdecydowanym wyrazem braku sympatii. Nic w tym dziwnego bo polska historia określa jasno, kto w czasach minionego ustroju był skurwysynem, a kto walczył o wolność. „Komuna” w wydaniu radzieckim (a więc i ta polska) była BE – co do tego nie ma chyba  żadnych wątpliwości.

Po 10 kwietnia pojęcie nabrało jednak nowych rumieńców i wróciło na salony w świetle jupiterów. I choć fakt ten nie wiąże się bezpośrednio z katastrofą Tu-154, to triumfalny powrót „komuny” jest efektem polaryzacji nastrojów społecznych, która nastąpiła po katastrofie. Jednoczenie, trochę mimochodem i po cichu, nastąpiła społeczna zmiana konotacji tego pojęcia. Przedstawicielem „komuny” staje się dziś np. każdy kto:

1.    nie chciał krzyża na Krakowskim
2.    uważa, że katastrofa Tupolewa to nieszczęśliwy wypadek, a nie spisek
3.    czyta media, których czytać nie wolno, szczególnie GW
4.    ogląda dzieło Szatana, czyli TVN.
5.    ma lewicowe (nie, to nie to samo co komunistyczne) lub liberalne poglądy

Co to ma wszystko wspólnego  z tradycyjnym pojęciem „komuny” jako aparatu represji, zbrodniczego sytemu, którego ideolodzy odpowiadają za śmierć i cierpienie milionów ludzi? –  to ciężko sobie na zdrowy rozum wytłumaczyć.

Za brutalizację języka debaty publicznej odpowiadają oczywiście żenujące intelektualnie środowiska polskiej polityki i mediów. Nie ma wytłumaczenia dla tych ignorantów i populistów. Jest kompletnie nieważne, którą opcję polityczną reprezentują bo tak naprawdę są przedstawicielami tej samej opcji. Opcji Nienawiści. Opcji Wirtualnych Problemów. Robi mi się niedobrze jak oglądam tych baranów. Ale jeszcze gorzej znoszę oglądanie ludzi ślepo podążających za „mądrościami” polityków. Ludzi mieszających pojęcia, zdarzenia historyczne, naciągających fakty byle tylko korespondowały z wyznawaną przez danego delikwenta opcją „prawdy”.

I słyszę wciąż, że w wolnej Polsce mamy „komunę”, drugi stan wojenny, że władza tłamsi wolne media, że wolność słowa jest zagrożona, że Polska to rosyjsko-niemieckie kondominium . Kto napędza te bzdury, te kompletnie oderwane od rzeczywistości brednie?

Kilka prostych faktów, tak dla jasności:

Wolność słowa:

Dzisiaj: W Polsce panuje wolność słowa. Dowodem na to, jest fakt, że każdy może wygadywać bzdury podobne do tych, które opisałem powyżej. Można być za swoje poglądy pozwanym, czasem osądzonym i ukaranym, ale nie idzie się za nie do więzienia z powodów „ideologicznych”, bez procesu, świadków, kolejnych instancji, itd.

Za „komuny”: W Polsce można było trafić do więzienia, np. za kolportowanie tzw. „bibuły”, czyli wolnego słowa właśnie. Wiem, bo mama chowała bibułę w moim wózku niemowlęcym. Niepotrzebny był prawomocny wyrok sądu, a nawet jeśli się pojawiał, to w świetle faktu, że nie istniało coś takiego jak niezawisłe sądy – pełnił funkcję legitymizującą decyzje czysto polityczne.

Wolne media:

Dzisiaj: W Polsce medialnie reprezentowane są niemal wszystkie opcje poglądowe. Od radykalnej lewicy, po radykalną prawicę. Mamy media katolickie, antyklerykalne, anarchistyczne, obywatelskie, narodowe, i tak dalej, i tak dalej. Nikt ich nie zamyka, dopóki nie propagują wprost i literalnie ideologii uznanych w Polsce za zbrodnicze (nomen omen, również komunizmu!). Jeśli nie odpowiadają Ci istniejące media, możesz założyć własne i pisać co Ci ślina na język przyniesie. Czasem media komercyjne padają, ale dzieje się tak nie za sprawą spisków, a np. dlatego że prezentują tak niszowe poglądy, iż mało kto je kupuje. Cóż, jeśli nie jesteś w stanie przekonać dużej grupy ludzi do swoich idei, pozostaje Ci internet/blog – to też jakieś wyjście. Smutnym, ale jednak dowodem wolności słowa jest żenująco niski poziom większości mediów mainstreamowych. No, ale na tym również polega demokracja – głupi mogą mówić głośno.

Za „komuny”: W Polsce Ludowej reprezentowana była tylko jedna opcja poglądowa. Nie było w oficjalnym obiegu pism prawicowych, narodowych, anarchistycznych, czy też ogólnie – niezgodnych z panującą doktryną. Istniały wydawnictwa podziemne, tzw. „drugi obieg” – nie były one jednak legalnie działającymi mediami. Mała różnica w porównaniu z dniem dzisiejszym, prawda?

Polska suwerenność utracona/sprzedana:

Za „komuny”: Polska była w pełni zależna od Związku Radzieckiego. Nawet w okresach tzw. „odwilży” politycznej. Nic dodać, nic ująć.

Dzisiaj: Polska jest niezależnym Państwem, które znajduje się w strukturach Unii Europejskiej. Obecność w tych strukturach oceniana jest różnie, do czego każdy ma prawo. Obecność ta wiąże się rzeczywiście z niepełnym realizowaniem naszych interesów politycznych i gospodarczych. Nasze interesy i potrzeby państwowe ścierają się z interesami i potrzebami innych krajów, często silniejszych gospodarczo od Polski. To owocuje przykrymi sytuacjami, w których Polska musi często podporządkować się w sprawach kluczowej wagi. Póki jesteśmy w strukturach UE takie sytuacje będą się przytrafiać (nie tylko nam). Dla przypomnienia, jesteśmy w tych strukturach z mocy wyboru społecznego w referendum akcesyjnym – nie przez „komunę”. Niemcy i Rosjanie dbają o swoje interesy, co czasem oznacza że dostajemy kopa w dupę – ale dostajemy tego kopa jako suwerenne Państwo, a nie satelita Moskwy czy Berlina.

Część osób być może przeżywa w tej chwili jakiś szok intelektualny. A to przecież wszystko takie proste jest – „Komuna” jest tylko w Twojej głowie.

Łatwiej jest krzyknąć „komuna” lub nazwać kogoś lewakiem, tylko dlatego, że nie dzieli naszych poglądów, niż zaproponować jakąś spójną wizję rzeczywistości. Tak samo jak łatwo jest nazwać każdego, nawet najbardziej umiarkowanego człowieka prawicy, faszystą lub nacjonalistą. Policjanta „esesmanem”, kibica „kibolem”, a geja „pedałem”. Co przynosi taka wizja relacji społecznych? Konflikt. Polska jest w tej chwili w momencie, w którym konflikt jest najprostszą i najbardziej medialną formą wypowiedzi społecznej. Co więcej, retoryka konfliktowa czasami bywa potrzebna w procesie rozwoju społecznego. Tak samo jak obywatelskie nieposłuszeństwo wobec prawa, które nie nadąża za potrzebami obywateli.  Niemniej, wieczny konflikt bez nastawienia na jakikolwiek dialog jest siłą czysto destrukcyjną.

Umoczeni są politycy, „eksperci”, ale i dziennikarze. Każdej zasranej opcji, która w założeniu zwalcza inne opcje bez żadnej refleksji. Na końcu zaś, umoczeni jesteśmy MY wszyscy. My wszyscy, którzy dajemy tym idiotom kredyt zaufania, my wszyscy, którzy przenosimy ich małe, żałosne konflikty na nasze relacje z innymi ludźmi. My wszyscy, którzy zamiast myśleć za siebie, pozwalamy się kierować poszczególnym opcjom politycznym i ideologiom. Zatem, tak naprawdę, to my powinniśmy się wstydzić, nie oni. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla naszej, społecznej drętwoty intelektualnej, dla naszego lenistwa umysłowego.

Po którejkolwiek stronie stoisz, jeśli pozwalasz innym mówić Ci jak wygląda świat – to przegrałeś. Czytaj tylko jeden rodzaj gazet, słuchaj tylko proroków jednej opcji i jesteś pozamiatany.