Kto handluje moimi prawami?

Posted: 16 lipca 2013 in Polityka, Przestrzeń miejska, Społeczeństwo
Tagi: , , , ,

„Nasze ulice są opakowane,

Nasze ulice są już dawno sprzedane,

Nasze ulice zalepione są reklamą,

Twoje myśli są okupowane.

Lepiej zacznij decydować sam o sobie,

Lepiej szybko o co Ci chodzi powiedz,

Lepiej pamiętaj, tutaj zawsze jesteś sam,

W tym mieście na każdego kiedyś przyjdzie czas!” (Skowyt, „Miasto Warszawa”)

Słowo „wolność” ma swoją wagę.

Zazwyczaj staram się go używać w kontekście spraw wielkich, doniosłych. Na tym blogu pojawia się raczej w odniesieniu do sytuacji dotykających nas wszystkich (nas jako naród, nas jako społeczeństwo, nas jako grupy społeczne?). W tych wielkich ideach i konstrukcjach owa „wolność” jawi się w pełnym kolorze i, w sumie, dość łatwo się nią operuje. Bezpiecznie i wygodnie jest mówić o wolności wielu ludzi. Prawdopodobnie my wszyscy, niezależnie od poglądów na inne sprawy, czujemy się związani z prawem do wolności. Problem zaczyna się, kiedy ktoś rozumie moją wolność inaczej niż ja. A już prawdziwy dramat jest wtedy, gdy ktoś moją wolnością handluje lub ją sprzedaje bez konsultacji ze mną. Nie jakąś abstrakcyjną wolnością nas wszystkich, tylko moją, jednostkową. I kiedy robi to w majestacie prawa, mimo że prawo łamie.

Mieszkam w Warszawie. Jestem zatem częścią wielomilionowego, ukrwionego organizmu. Żywej przestrzeni. Przestrzeni która od lat jest wystawiana jak prostytutka wielkim korporacjom. Mieszkanie tu wiążę się niestety z odkrywaniem każdego dnia, że w moim mieście są równi i równiejsi. I że Ci równiejsi mogą podważyć moją wolność, kiedy np. ułożą się (czyt. zapłacą) z urzędem gminy, miasta, dzielnicy, itp.

I chociaż bardzo bolą mnie wielkie, słabo widoczne gołym okiem, ruchy marketingowe, które sprawiają, że MOJE MIASTO jest reklamowym śmietniskiem, gdzie urbanizacja przebiega bez ładu i składu, to jednak – jak każdego – najbardziej dotyka mnie… a jakże… gdy ktoś wchodzi z butami do mojego domu.

Moja okolica jeszcze całkiem niedawno była przyjemnym miejscem do życia. W latach 80tych kiedy byłem małym szkrabem, pełno tu było polan i zielonych zakamarków. Z ich odejściem musiałem się pogodzić, bo nie sposób utrzymać centrum miasta w takim stanie. Mimo stopniowej „modernizacji wizerumkowej”, nadal ostał się jednak pewien spokój i dzikość tych rejonów. Z czasem powstawały jakieś banki, jakieś biurowce – większość kompletnie oderwana od przedwojennych klimatów nadających dzielnicy charakter, ale jakoś dało się z tym żyć.

Przyszli i po mnie.

Dla mieszkańców mojego bloku sielanka skończyła się w tym roku. Tuż pod naszym oknem wielki, znany i „poważany” (przez kogo?) developer rozpoczął swoją epicką budowę, twór o gabarytach jak z kosmosu. Kolejny brzydki kloc, stolec gwałcący naszą przestrzeń, naszą dzielnicę, nasze miasto.

Zresztą, mniejsza z tym jak ten budynek ma wyglądać. Przyzwyczaiłem się do tego, że ktokolwiek wydaje w Warszawie zgody na budowę nowych budynków, ma kompletnie w dupie jak one wyglądają. Kolejni „wybitni” architekci dostają grubą kasę za obrzydzanie miasta, kolejne dziwolągi stają co miesiąc w Centrum Warszawy.

Mój problem jest zupełnie inny.

Otóż, „poważany” deweloper ma gdzieś jedno z najbardziej podstawowych praw obowiązujących w przestrzeni miejskiej. Ciszę nocną.

Jeśli ja robię imprezę w nocy i przyjeżdża policja, to nie tylko zostaję pouczony o ciszy nocnej (bądź ukarany mandatem), ale również zostają podjęte konieczne środki przymusu, które zmuszają mnie do tego, by moja impreza od tej wizyty przebiegała ciszej. Nie ma na to rady. Jesli zignoruję policjantów, to przyjadą po raz kolejny, aż wreszcie doprowadzą do uciszenia mnie, w taki czy inny sposób. Przerabiałem to wiele razy i chociaż nigdy nie byłem z powodu tych wizyt szczęśliwy, W PEŁNI RESPEKTUJĘ ŻE KOMUŚ MOŻE NIE PODOBAĆ SIĘ NOCNE WYCIE MOJE I MOICH ZNAJOMYCH. Tak to już jest – nie mieszkam na bezludnej wyspie i muszę respektować, że są ludzie którzy chcą spać i takie jest ich NIEZBYWALNE prawo miejskie.

Dewelopera to jednak nie dotyczy. Mając do dyspozycji olbrzymi plac budowy, zdecydował się na postawienie najgłośniejszych maszynerii, betoniarek itp. dokładnie pod oknami trzech budynków, w których mieszkają ludzie. Wszystkie inne miejsca na placu nie sąsiadują z budynkami mieszkalnymi, można więc było postawić sprzęt gdziekolwiek indziej, tak by nikomu nie przeszkadzał (albo przeszkadzał mniej, co też nie jest bez znaczenia!). Debilna, nieprzemyslana decyzja.

I te betoniary potrafią tak młócić np. do 3 nad ranem. Jest lato. Wszyscy śpimy przy otwartych oknach. Zamknę okno – podusimy się w duchocie. Proste. Okej, zatem ktoś gwałci moje prawa. To raz. Ale po „raz” jest i „dwa”. „Dwa” jest jeszcze bardziej przykre i dołujące. Bo okazuje się, że arogancja i bezczelność developera nie jest moim i sąsiadów największym problemem.

Jest nim sprzedawanie naszych praw przez władze miasta. Z różnych źródeł społeczność mojego bloku dowiedziała się, że nasza cisza nocna została przehandlowana. Policja wzywana kilka razy przez zdesperowanych mieszkańców, którzy godzinami nie mogą zmrużyć oka, została z budowy odprawiona z kwitkiem bo, jak się okazało… deweloper załatwił w jakimś urzędzie zgodę na nocną budowę… prawdopodobnie w zamian za jakieś „dotacje”, ale tego się pewnie ngdy nie dowiemy.

Pojawiają się pytania?

a. Kto i dlaczego ma prawo sprzedać moje i sąsiadów prawo do ciszy nocnej?

b. Dlaczego „opóźnienia w inwestycji”, które podobno zmusiły dewelopera do wystąpienia o pozwolenie, są ważniejsze niż nasz spokojny sen?

c. Jak można sprawować kontrolę nad korporacją? Nawet jeśli nie mają pozwolenia na pracę w nocy, to czy zaboli ich (nawet codzienny) mandat w wysokości kilkuset złotych?

Absurdalne decyzje miasta wpływają na rozpad jakiegokolwiek myślenia pro-społecznego czy poczucia wspólnoty, które i tak w ignoranckim, miejskim klimacie jest nikłe. Bo jeśli ktoś może sobie kupić naszą wolność i zabrać nam nasze prawa tylko dlatego, że ma opóźnienia w inwestycji, to jaką my mamy motywację, by przestrzegać tych „pustych” praw?

Przestrzeń miejska jest oczywiście tematem wałkowanym od stuleci. Ostatnio w Polsce wydano świetną książkę Davida Harvey’a „Bunt Miast i miejska rewolucja”. Korporacyjne procesy urbanizacyjne niszczą wiele miast w USA, w sposób nieodwracalny stygmatyzowały też takie miasta jak np. Paryż. Od lat do niechlubnego grona miast obrzydzanych ich własnym mieszkańcom aspiruje również Warszawa. Miasto najpierw zburzone, potem zamienione w secrealistyczne pudełko przez komunistów… a teraz gwałcone przez prywatnych przedsiębiorców.

Reklamy
Komentarze
  1. Adi pisze:

    Dobry wpis! Cieszę się że wróciłeś do pisania! Ten blog jak dla mnie uwiarygadnia to co robisz ze swoją kapelą. Nareszcie jakis muzyk który patrzy dalej niż za czubek swego nosa! Trzymam kciuki!

  2. Jaco pisze:

    100% racji! Mieszkam w podobnym miejscu i mam ochotę zabić skurwysynow. Pozdrowieni Ługi!

  3. Bezimienna pisze:

    W Szczecinie też stawiają takie wielkie kloce. Mają chyba za zadanie obrzydzić te wszystkie ładne budyneczki, na których odnowę nasze miasto wydało dużo pieniędzy.. W każdym razie współczuję budowy pod domem. Nie byłam nawet świadoma tego, że można uzyskać takie pozwolenie.

  4. Adam Pawlik pisze:

    Siłą rzeczy skojarzyło mi się, gdy przeczytałem to: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,15764357,Cisza_nocna.html#TRrelSST

    Cisza nocna dziwna rzecz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s